Dębicki Paweł Jerzy Jaxa

Paweł Jerzy Jaxa Dębicki




Urodził się w 1960 roku w Mielcu. Tu uczęszczał do szkoły podstawowej i liceum ogólnokształcącego. Na okres licealny przypadają jego pierwsze próby poetyckie. Jak sam zawsze podkreśla przemożny wpływ na jego literackie pasje miały księgarskie tradycje familii Dębickich i atmosfera rodzinnego domu, w którym pielęgnowane były wartości zupełnie nie przystające do świata „realnego socjalizmu”. Pisanie kontynuował w czasie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie studiował historię, a potem socjologię.

W Krakowie, jego drugim ukochanym mieście, zetknął się szybko z młodymi twórcami związanymi z opozycją polityczną. Nawiązał też współpracę z niezależnym ruchem wydawniczym. Pisał jednak głównie do szuflady, a odbiorcami jego wierszy byli najbliżsi przyjaciele. Czasami jego utwory pojawiały się w bezdebitowych wydawnictwach i podziemnych gazetkach. Wiersze i inne małe formy literackie powstawały też po ukończeniu studiów i powrocie do Mielca. Teraz jednak znacznie rzadziej i znów do szuflady. Zadecydował o tym bardzo krytyczny stosunek autora do swego pisania i dystans do własnej twórczości. Dopiero ostatnio, gdy jego wiersze stały się bardziej intymne, spokojniejsze i pewnie odrobinę pozbawione dawnego ognia, zdecydował się na opublikowanie tak starych jak i powstałych ostatnio utworów.


Ballada o tym co dookoła

Nie jestem lirnik setny dziad,
gdy śpiewam swą wołania pieśń.
A słuchać mego bluesa rad
Ten, który czarną czuje pieśń.

Pod wielkim słowem brzmiącym RZECZ,
a mgliście zaś POSPOLITA
jest kanał myśli, rdzawy miecz
i posąg z twarzą zbitą.

U piekieł, gdzie się toczy mecz,
kto ma być spowiednikiem tu,
już nie o wolność idzie rzecz
lecz o makijaż twarzy stu.

Obłudnie dźwięczy struta pieśń,
a kłamać uczą w szkole
i jęk syreny straszy cię,
gdy Norwid w serca dole.

Za złotych tysiąc wielkiś już,
za dziesięć odpust wieczny masz
i myśleć dziś nie musisz już,
a płaczesz tylko, gdy się zgrasz.

Otwórzcie ze mną usta wy
ukryci w bramach ludzie.
Niech skwery miast zobaczą sny,
niech już nie grzęzną w brudzie.

Mielec 1977


Proces gnilny

Proces gnilny naszej wyobraźni
stał się synonimem
wymiernej dorosłości.
Komórki najszczerszej niezgody
otorbiły się wieloletnim przyrostem,
gniją jak liście
zamokłe we krwi poskromionych zrywów.

Obroty kuli trwają
Listopady brunatnieją w dymie podłego tytoniu
kalekie oko
lęka się
przejrzystego obrazu.
Palce zapadają na podagrę,
odpadają włosy
przyciężkie srebrem.

Choruje brzuch wypchany
powietrzem, solą i trującymi grzybami.

A wyobraźnia……..
…….. dręczy nas czasami
kapłańską posługą morzenia
na złość docucona
procentami, czarownymi likworami
i lunatycznymi proszkami.
A potem sama
bez najmniejszego sprzeciwu
uznaje swą minimalną przydatność,
kładąc się samodzielnie na torach wulgarnego czekania.

Mielec 1978


Kamiennie, kamiennie…

Dotknąć chcę twojego serca
skostniałego przeczuć tła
dotknąć chce twojego serca
brylantowa jest tam łza.

Twoje usta jak ból szczelne
pomalował włodarz salw
twoje usta różu pełne
przestrzelone lodem salw.

Chciałaś kochać mnie na plażach
dziś patrole śledzą nas
ciekną cyfry kalendarza
opasany drutem las.

Obraz zwęglił się i zszarzał
dzwonek strachu gasi dzień
zapis marzeń się zestarzał
na ulicach legii cień.

Miała nagość być pąsowa
na mównicach turkot słów
trawa rani nas stalowa
słuchać głodne ryki lwów.

Dzieci wydasz mi kamienne
mury szkół wykują je
koła trwania, wody ciemne
ostrze żyły sine tnie.

Wiosna 1982

Please publish modules in offcanvas position.