Guziakiewicz Edward


Edward Guziakiewicz















Edward Guziakiewicz (ur. 1952 w Mielcu), pisarz, członek Związku Literatów Polskich, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Studia magisterskie odbywał w latach 1971-1976. Praca magisterska w Instytucie Teologii Pastoralnej na temat posoborowego «Ordo exsequiarum». Następnie trzyletnie studia licencjackie i otwarty przewód doktorski. Ukończone studia doktoranckie. W ich ramach — stypendium naukowe na Uniwersytecie Katolickim w Leuven w Belgii.

W latach 1981-1982 etatowy sekretarz redakcji tygodnika «Gość Niedzielny» w Katowicach. W latach 1986-1993 współpracownik i redaktor miesięcznika «Wzrastanie». W latach 1987-1993 stały współpracownik działu religijnego tygodnika «Katolik». W latach 1994-1999 regionalny korespondent Gazety Codziennej «Nowiny» w Rzeszowie. W latach 2003-2008 w zespole redakcyjnym kwartalnika «Nadwisłocze».

Od lat 80. zajmuje się twórczością literacką, mieszczącą się w trzech nurtach: dziecięcym, młodzieżowym i fantastyczno-naukowym. Dorobek twórczy tego autora obejmuje: 5 powieści, 8 mikropowieści, 26 opowiadań, dramat, a ponadto dwa poradniki dla młodzieży (know-how), jeden dla dzieci, dwa tomy wywiadów, tom eseistyki, nie licząc kilkuset publikacji prasowych oraz drobnych utworów poetyckich.

Laureat nagrody „Złotego Pióra” ZLP za powieść „Zdrada strażnika planety”
(zmieniony 09.09.2010), Foto: Magdalena Korzeń

Strony internetowe  : Edward Guziakiewicz , guziakiewicz.pdg.pl


Przerwany lot
fragment

Dopiero przed południem niby to przypadkiem otarł się o czarującą agentkę z Callista. Właściwie to ona zadbała, żeby na siebie wpadli. Przy jednej z ulokowanych na pierwszym poziomie kafejek, ta była stylizowana na wyszynk z Dzikiego Zachodu, mieściła się niczego sobie sala wystawowa, a oddany sztuce pokładowy kustosz zdecydował się zaprezentować serię oryginalnych dzieł mistrzów z księżyców Saturna. Tytułem zachęty na każdym stoliku znalazł się niewielki błyszczący folder. Wyłamał się i zamówił francuskie croissanty z białą kawą i dżemem brzoskwiniowym, a później pachnące gnochci w aromatycznym sosie ze świeżych pomidorów i bazylii. Prosto z restauracji owczym pędem pociągnęli na Parnas po śniadaniu wszyscy chętni, więc i on powlókł się w ogonie. Nieuważnie lustrował cenne zbiory, starając się przy tym nachalnie nie ziewać. Nie przepadał za popartem. Utonął ostatecznie w bardzo niskim przeźroczystym foteliku, który mu się w jednej chwili rozpakował przed przedstawiającym tytańskie orchidee znanym płótnem De Smeta i tam popadł w niejaką zadumę.

Noc miał zarwaną, bo gdy ustawiał „widok za oknem” na mroźny masyw Herkulesa, zapomniał zablokować temperaturę. W rezultacie tego gdzieś po północy dojmujący chłód wyrwał go ze snu. Wiał porywisty wiatr. Dygotał z zimna, zmagając się z parametrami klimatycznymi, a oschły i obojętny głos lektora z terminala doprowadzał go do szału. Był wściekły jak diabli. Woda zamarzła w karafce, więc musiało być w apartamencie poniżej zera. Dobrze, że z sufitu nie sypał śnieg.

Podniósł się i przesunął lekki fotel pod ścianę, bo uznał, że będzie siedzieć na drodze zwiedzającym. Akurat w jego stronę ciągnęło kilka osób.

— Orchidee — wycedził.

Następnie myślami wrócił do wieczornej lektury. Pobieżnie przejrzał pisma logiczne Stagiryty, noszące wspólne miano „Organonu”. Obejmowały one „Kategorie”, „O wypowiadaniu się”, „Analityki pierwsze”, „Analityki wtóre”, „Topiki” i „O dowodach sofistycznych”. Przekartkował również „Hermeneutykę”, a potem zabrał się ostro za przyniesioną mu przez pokładowego gońca „Isagogę”.

Książeczka była niczego sobie, choć musiał przyznać, że brakuje mu nieco konceptu. Napisano ją mało klarownym językiem, lecz na szczęście nie zabrakło w niej obszernych objaśnień i wnikliwych komentarzy. Zaintrygowały go tajemnicze predykabilia. Usłyszał o nich od dziadka Brunona. Jakiś czas mylnie sądził, że wiążą się one nie z logiką, ale z odległymi asteroidami. „Isagoga” należała do najpoczytniejszych i najbardziej rozpowszechnionych dzieł w dawnych dziejach kultury. Była najpoważniejszym starożytnym traktatem logicznym, przekazanym w dziedzictwie średniowieczu. Zgodnie z podanymi w niej zasadami „różnica” („differentia”) wraz z „rodzajem” („genus”), „gatunkiem” („species”), „właściwością” („proprium”) i „przypadłością” („accidens”) tworzyła grupę określeń, niezbędnych przy budowie poprawnej klasycznej definicji rzeczy. A definiować umieli starożytni jak nikt już po nich.

— Repetitio est mater studiorum — mruknął do siebie, dumny ze swojej ubożuchnej łaciny. Chciał w chwili samotności odświeżyć sobie to, co przeczytał i przypomnieć sobie, czemu każdy z tych dziwacznych terminów miał służyć.

Vanessa przerwała mu dopiero co podjętą medytację. Jej zgrabne nogi znakomicie się prezentowały na tle okrzyczanego tytańskiego dzieła i Bob w nagłym przebłysku sobie uzmysłowił, że Peter De Smet popełnił katastrofalny błąd nie umieszczając ich na obrazie. Pożegnała towarzyszących jej staruszków, którzy zajęci kolejnymi płótnami olejnymi oddalili się ku drugiemu krańcowi sali. Bez przeszkód mogła odegrać przed nim rolę głupiej gęsi, która nie ma zielonego pojęcia o Układzie Słonecznym.

— Czy mógłby mi pan dopomóc? — zwróciła się do pochłoniętego myślami agenta. Z konieczności musiał poderwać się z miejsca. — Chciałabym się zorientować, skąd pochodzą te orchidee.

Zrobił poważną minę, najpoważniejszą, na jaką było go stać i zezując w stronę obrazu, odpowiedział: — Z Tytana, proszę pani!

— Och, to wiem — głupia gęś wcale nie była aż tak nierozgarnięta. — Przeczytałam pod tym płótnem — pokazała mu ślicznie palcem. — Ale gdzie jest ten... Tytan? — jeszcze raz sprawdziła nazwę. — Czy to jest księżyc Wenus?

Please publish modules in offcanvas position.