Liberadzka Kozak Halina

Halina Liberadzka Kozak – aktualna emerytka. Urodziła się w Tarnowskich Górach 3. kwietnia 1951 roku.
Po kilku latach, przeniosła się wraz z rodzicami do Mielca, by zamieszkać tu na stałe. Otrzymała gruntowne wykształcenie, do pracy instruktorskiej z amatorami. Największe osiągnięcia, uzyskała w tańcu nowoczesnym. Choroba, przerwała jej karierę zawodową. Do tego czasu, została zauważona przez wojewodę rzeszowskiego, który nagrodził jej wysiłek oraz zaangażowanie, nadając  jej tytuł „Zasłużony dla województwa rzeszowskiego, na niwie kulturalno – oświatowej (1983).

Od ośmiu lat pisze prozę. W  2015 roku opublikowała fragment „Ten jedyny” w „Mieleckim Roczniku Literacko – Kulturalnym Artefakty”. Powieść ta, to prawdziwy wyciskacz łez. Jej twórczość często zaklęta jest w słowie: „Taniec”, „Śpiew”, „Muzyka”. Tak powstały utwory: „Rozmowa, której zabrakło”, „Taniec na śnieżnej górze”, „Oblicza podwójnego duetu”, „Walka o zieloną sprawę”, „W objęciach pasji I i II cz”.
Inspiruje się również przedmiotami użytku codziennego, które przybierają formy fantastyczne, na bazie których powstało opowiadanie „Tajemniczy rower”, „Biżuteria prababci Adeli”, „Czipownik”.

Od trzech lat pisze bloga, na którym publikowała dotąd swoje utwory, aktualnie wystawia tam już swoje wydane książki elektroniczne w formie Ibuków. Wszystkich zainteresowanych zaprasza do przeczytania INSTRUKCJI WYDAWNICZEJ i dołączenie do niej na portalu self pubisher, ze swoimi Ibukami. Adres bloga: kalina034.blogspot.co



Taniec na śnieżnej górze

Uf… uf… uf…
Wydawała odgłosy lokomotywa na stacji z przybyłego pociągu osobowego.
Z drzwi wagonu gramoli się młoda dziewczyna z bagażami. W ręku trzyma walizkę i siatkę z pakunkami, a na ramieniu gustowną torebkę konduktorkę.
Stanęła na prowizorycznym peronie.
Dookoła biało.
Śnieg pokrywa całą połać ziemi.
Popatrzyła w stronę małego budynku, na którym widniał obskurny napis - Zawitowo.
- No to jestem na miejscu - powiedziała półgłosem kobieta.
- Co za miejsce?
- Czy to naprawdę tutaj to szkolenie instruktorów?
- Gdzie my tu będziemy ćwiczyć? W takiej miejscowości może być jakaś sala do ćwiczeń? – zadawała sobie pytania dziewczyna.
- Muszę kogoś zapytać o adres – pomyślała.
Wygrzebała z torebki pismo z Federacji Tanecznej zawiadamiające o szkoleniu.
- Ulica L. Zawady 1 – przeczytała z kartki i zaczęła rozglądać się w około.
Grupa osób, która wysiadła z ostatniego wagonu gdzieś się zapadła pod ziemię.
- Co ja zrobię? Trzeba zaczepić kogoś miejscowego, ale nie widzę tu nikogo – mówiła do siebie.
- Jakaś długa ulica asfaltowa, a przy niej niewiele domków prywatnych, ni to miasteczko ni to wieś?
Zaczęła rozglądać się baczne.
- Nawet nie widzę kościoła. Co to za miejsce?
Nagle…
- Jest! Widzę napis - Sklep.
- Pójdę tam, może się coś dowiem?
Wzięła w rękę walizkę i siatkę i idzie. Mróz trzaskający, ubity śnieg na drodze, ślizga się, ciężko jej iść w kozakach na szpilkach. Z wielkim trudem doszła do celu, choć wszystko miała w zasięgu oka, bo droga do pokonania była spora. Ręce też jej zamarzły, ciężko dźwigać bagaże.
- Żeby tu były taksówki?- marzyła sobie dziewczyna.
Weszła do sklepu. Wokoło miszmasz, wszystko co można sobie wyobrazić na wsi do kupienia.
- Co panienka sobie życzy?- usłyszała dziewczyna zza lady.
- Proszę pani, ja jestem przyjezdna,  chciałam zapytać o adres – powiedziała zmarznięta panienka wycierając nos koronkową chusteczką,  tymczasem drugą podała sprzedawczyni karteczkę.
Kobieta rzuciła wzrokiem na adres i odpowiedziała:
- Zawady jeden to jest na górze. Pójdzie pani w lewo potem przejdzie przez mostek, a następnie skręci w prawo i dalej cały czas prosto. To tylko jedna droga. Dalej już się pani nie zgubi.
Anetka, bo tak miała na imię przyjezdna podziękowała grzecznie pani, zamknęła drzwi sklepu i udała się w drogę.
Gdy wyszła jednak ze sklepu i skręciła w lewo, spotkała starszego pana, który bacznie się jej przyglądał. Dziewczyna bez przerwy pocierała ręce z zimna. Choć miała włożone rękawiczki mróz dawał się jej ostro we znaki. Dochodząc bliżej do napotkanego, zapytała:
- Czy nie wie pan gdzie jest ulica zawady jeden?
- Ano tu – odpowiedział starszy pan i obrócił się w tył, a następnie wyciągnąwszy rękę w górę wskazał na szczyt góry.
Aneta spojrzała zdziwiona, że dotąd nie zauważyła jej. Była zasłonięta wysokimi drzewami przydrożnymi. Dopiero jak przeszła kawałek, odsłonił się jej widok. Góra, cała zasypana śniegiem, nie widać było na niej żadnych drzew. Na szczycie ujrzała jakieś zabudowania. Od zabudowań w dół prowadziła szeroka droga, ale tak stroma, że dziewczyna na chwilę zaniemówiła.
To jest ta droga? – spytała z niedowierzaniem.
- Nie, jest inna, ale tędy najkrócej.
- Hm, jak tam dojść niech mi pan powie.
- Normalnie.
Aneta spojrzała jeszcze raz, słońce chyliło się ku zachodowi.
- Za chwilę zastanie mnie ciemność - pomyślała.
- Co wtedy zrobię?
Przed nocą muszę tam wejść.
Postawiła pierwsze kroki idąc pod górę.
Na nogach miała kozaczki na szpilkach, obcasy wbijały się w ubity śnieg.
- Co to za droga? Kto tędy chodzi? – rozmyślała.
Droga szerokości około czterech metrów, była ubita do samego szczytu.
Stawiając kolejne kroki próbowała przesuwać się na bok ścieżki, gdzie podłoże było bardziej miękkie, pewno mniej uczęszczane. Chwilami czuła, że lepiej jej  jest pokonywać drogę na poboczu.
Dziewczyna wytrwale szła, w ręku dźwigała walizkę, siatkę i torebkę na ramieniu. Pokonując parę metrów stawała i odpoczywała.
Czas mijał.
Spojrzała w dół.
Była już na wysokości trzeciego piętra.
W dole spostrzegła jakąś postać, która podobnie jak ona wdrapuje się intensywnie do góry.
Po jakimś czasie zaczęła już doganiać ją. Podobnie jak Aneta dźwigała spory bagaż. Obie odpoczywały od czasu do czasu, spoglądając na siebie z ukosa.
Nieznajoma przerwała milczenie:
- Czy ty też na szkolenie instruktorów? –zapytała z tupetem dziewczyna.
Aneta spojrzała zmęczona na nią.
- Tak, ale ja chyba tam nie dojdę! – krzyknęła.
Zmęczona i głodna dziewczyna postanowiła zrobić sobie dłuższy przystanek. Wyciągnęła z siatki kanapki i termos i zaczęła się pożywiać, a jej koleżanka, wyciągnęła swoje zapasy. Obie wsparły się na walizkach i jadły.
Po chwili ponowiły zdobywanie szczytu. Idąc rozmawiały i żartowały sobie, gdy czasami traciły już osiągniętą wysokość i ześlizgiwały się w dół. Nagle ni stąd ni zowąd dochodzi do nich młody mężczyzna, który również postanowił zdobyć jeszcze dzisiaj szczyt śnieżnej góry.
- Dziewczyny! Czy wy też na szkolenie instruktorów tańca? – spytał głośno chłopak.
- Tak! - krzyknęły naraz dziewczęta i odwracając się w tył do niego upuściły bagaże.
Walizki zsunęły się w dół po ubitym śniegu. Koleżanka Anety zeszła parę metrów i zabrała zgubę. Aneta wpadła w popłoch. Zaczęła płakać i złościć się wykrzykując brzydkie słowa. Była zmęczona i zmarznięta, gdyby miała pokonać jeszcze raz tę samą drogę, nie dałaby już rady. Chłopak zaczął uspakajać dziewczynę słowami. Po chwili namysłu powiedział:
- Nie martw się. Trzymaj tu moją walizkę, a ja twoją przyniosę z dołu – powiedział mężczyzna patrząc na walizkę dziewczyny, która zatrzymała się jakieś dwa piętra od dołu.
- Ciągnij moją walizkę na kółkach i idź do góry, już blisko.
- Popatrz! To tylko wysokość dwóch pięter, dojdziesz. Ja cię znajdę w budynku i przyniosę ci bagaż. Powiedz tylko jak się nazywasz?
- Aneta Stala – odparła zapłakana dziewczyna.
- No to czekaj!
Chłopak stanął na środku śnieżnej drogi, po czym na butach ześlizgnął się w dół jak na nartach.
Tymczasem dziewczyny pomału docierały do celu.
W końcu stanęły na szczycie.
Był już zmrok.
Światła oświetlały obiekt na zewnątrz.
Zdobywczynie góry weszły do środka.
W dużym mrocznym holu, podświetlonym tylko małą lampą nocną na biurku, siedziała młoda kobieta witając z dala zmarznięte i zmęczone dziewczęta.
- Panie zapewne na szkolenie instruktorów tańca z Krakowa?
Proszę się na razie rozgościć tutaj, zaraz zawołam waszą przedstawicielkę, to załatwi z paniami sprawy formalne.
Obie dziewczyny usiadły na wygodnej wersalce, których kilka stało w koło pomieszczenia.
- Wreszcie koniec tego marszu, mam nadzieje, że się do jutra dobrze wyśpimy i odpoczniemy po dzisiejszych trudach – powiedziała Aneta.
- Mam nadzieję - odpowiedziała druga.
- A właściwie to nie przedstawiłam się jestem Dorota z Nowego Sącza, a ty?
- Ja Aneta z Tarnobrzega.
- Może zamieszkamy w jednym pokoju? Co?
- Fajnie by było, bo już się znamy…
Sekretarka federacji zeszła szybko z pokoju.
- A! Anetka i Dorotka! Witam! A dlaczego dopiero teraz? Ostatni pociąg przyjechał już dawno…
- O, jej tak długo wchodziłyśmy pod tą górę – odpowiedziała Dorota.
- Jak to? – zdziwiła się sekretarka.
- Na stacji był podstawiony dla was samochód, kilka osób przyjechało.
- No, jakoś my nie trafiłyśmy.
- Najpierw, zwiedziłam całą okolicę, a potem mężczyzna kazał mi iść pod górę. Powiedział, że to najkrótsza droga - odrzekła Aneta.
-Ja też spotkałam tego pana, mnie też tak wysłał – dodała Dorota.
- Na górę prowadzi specjalna droga. Nawet była celowo odśnieżona – odezwała się recepcjonistka.
- Ale cóż, ważne, że dotarłyście panie do celu – skwitowała.
Pani Zosia szybko załatwiła formalności: odnalazła ich nazwiska na liście i pobrała opłaty za udział w kursie.
Recepcjonistka zabrała dowody do meldunku i przydzielając pokój dwu osobowy podała klucz.
Już po chwili obie dziewczyny rozebrały się z kożuchów i padły zmęczone na wygodne kanapy.
Odpoczywały.
Dorota zerwała się i włączyła radio. Spiker regionalnej stacji zapowiadał pogodę.
- Nad całym regionem górskim śnieżyce. Uwaga drogowcy…
- O jej mróz i śnieżyce! – krzyknęła Dorota.
- Żeby nas tu nie zasypało przypadkiem – dodała Aneta.
- To by dopiero było? Ja mam wyjazd z zespołem na koncert – powiedziała przerażona Dorota.
- Zawiodę na całej linii…
Zdobywczynie szczytu śnieżnej góry już odtajały z mrozu. Dorota wzięła się do rozpakowywania ciuchów. Miały tu zostać trzy dni.
Wtem, rozległo się pukanie do drzwi.
- Chwileczkę! - krzyknęła Dorota, która w pośpiechu wkładała na siebie wygodną podomkę długą do ziemi z flanelowego bordowego materiału obszytą żółtymi satynowymi wyłogami.
Ktoś powtórzył pukanie.
- Proszę wejść.
W drzwiach ukazała się zamarznięta postać trzeciego zdobywcy śnieżnej góry.
- Przyniosłem Anetce walizkę – oznajmił chłopak.
- Mam dość – powiedział poczym zakręcił się dookoła siebie i strzelił się na wolną kanapę.
Zaczął mocno dyszeć.
- Co ja za to dostanę? – powiedział mężczyzna.
- Coś się pomyśli – odrzekła Aneta i pochylając się nad nim pocałowała go w policzek.
- O jak dobrze! – wzdychał rozanielony - o której godzinie mamy pierwsze zajęcia?
- Pisze, że o 7: 30 śniadanie, a potem ćwiczenia – oznajmiła Dorota.
- Przepraszam was dziewczyny, nie przedstawiłem się, jestem Kamil z Wrocławia. Też należę do tych młodych – powiedział chłopak i zrywając się szybko z kanapy ukłonił się.
- Jutro zobaczymy pewno całą śmietankę tanecznego świata instruktorów w Polsce – powiedział Kamil.
- Nie napisali, kto będzie prowadził zajęcia – dodała Dorota.
- Ja bym chciała żeby prof. W. Jeszcze go nie znam – odezwała się Aneta.
- Jest taka fajna pani z Olsztyna świetnie uczy!
- Wiecie, co? To wszystko sławy, kto by nie był i tak im nie dorównamy…
- Na razie… - dodał z przekąsem Kamil.
- Kto wie? Może ty Kamil szybko się wybijesz jesteś operatywny, sam dałeś dowód.
- Nie schlebiajcie mi tak, a teraz powiedzcie, co dzisiaj robimy? Przecież nie pójdziemy jeszcze spać?
- Oczywiście…
- Na razie zaniosę swój bagaż do pokoju i zorientuję się, kto z młodych jeszcze przyjechał…
- Dobra czekamy…
Dziewczęta z Kamilem otwarły drzwi do pokoju, w którym mieszkały dwie młode instruktorki.
- Wow! Anka i Krystyna! – Wykrzyknęła zaskoczona widokiem Aneta.
- Kiedy przyjechałaś? - zagadnęła Krystyna - nie było cię w samochodzie, jak się tutaj znalazłaś?
- To długa historia – odpowiedziała Aneta - jak tu widzisz cała nasza trójka: Dorota Kamil i ja wspólnie zdobyliśmy śnieżną górę, wchodząc po drodze zjazdowej dla narciarzy.
- A co to za pomysł?
- Wszystkich nas wysłał jeden facet, który cały czas stoi u podnóża.
- A to was wkręcił! Ha, ha, ha – śmiały się dziewczęta.
- My przyjechałyśmy samochodem.
- Wiecie, jesteśmy tak zmęczone tą wspinaczką, że idziemy zaraz spać, bo jutro nie wstaniemy.
Dziewczęta porozmawiały jeszcze chwilę i Kamil odprowadził je do pokoju.
Rano wszyscy spotkali się przepisowo na wspólnym śniadaniu. Kelnerzy przygotowali cztero osobowe stoliki. Drzwi do restauracji były pośrodku. Z lewej strony siedzieli już goście.
-Ten drobny pan to prof. W… – powiedział Kamil do dziewcząt.
- A ta młoda pani to, kto? Żona czy córka?- zapytała Dorota.
- Nie wgłębiajcie się w to. To jego asystentka.
- Ten starszy człowiek tańczy? W tym wieku to chyba już nie można – zadawała sobie pytania Aneta.
- Jeszcze ci oczy zbieleją jak zobaczysz.
Dziewczęta i chłopcy elegancko zajęli miejsca przy stolikach. Śniadanie było wypasione, można było znaleźć na stole właściwie, co kto chciał. Gdy wszyscy zakończyli jedzenie, sekretarka zaprosiła uczestników na salę obok, gdzie rozpoczęły się wspólne ćwiczenia.
Prof. W… rozpoczął lekcje.
Najpierw krótki wstęp wprowadzający.
Grupa stała naprzeciwko i słuchała.
Mężczyzna puścił muzykę i zrobił mały pokaz tego, co będzie uczył, a co aktualnie tańczy się na zachodzie.
Zaprezentował ”Hustle” tańczone w parach.
Gdy ten starszy pan, ożywił swoje ciało ruchem tanecznym, Aneta i Dorota były zaskoczone, iż w tym wieku tak można tańczyć. Mężczyzna palcami akcentował pierwsze dwa ruchy stawiając następnie kroki w miejscu przenosząc w specyficzny sposób ciężar ciała. Tańczył to z taką gracją i elegancją, a zarazem był to ruch tak młodzieżowy, że tematy, które później uczył zawładnęły wszystkimi uczestnikami szkolenia. Ćwiczenia trwały do obiadu. Po obiedzie pałeczkę wykładowcy przejęła kobieta, która często wyjeżdżała ze swoimi parami do Niemiec. Pochwaliła się tańcami dyskotekowymi. Po kolacji rozpoczął się taniec dowolny, w których brał udział, kto chciał. Koledzy instruktorzy starsi dyskutowali miedzy sobą nad sprawami techniki turniejowej, gdyż to był największy problem instruktorów. Polska była spóźniona ok. 30 lat od krajów zachodnich w dziedzinie tańca towarzyskiego. Nie było polskich książek o tańcu towarzyskim Jedyna dostępna na rynku, to „Tańczyć może każdy” Mariana Wieczystego. Młodzi instruktorzy podpatrywali, co mogli, skrzętnie zapisując w zeszytach. Aneta i Dorota znalazły sobie partnerów. Aneta tańczyła z Kamilem a Dorotka spodobała się Markowi wysokiemu panu, który oprócz tańca zajmował się śpiewaniem.
Przez dwa dni nasi bohaterowie zacięcie ćwiczyli i zapisywali uwagi starszych instruktorów, a w porach posiłków oraz późnymi wieczorami prowadzili ważne rozmowy towarzyskie, które często wpływały na ich późniejsze kontakty zawodowe.
Nadeszła środa. Nasi młodzi instruktorzy tańca spotkali się właśnie na śniadaniu. Za oknem padał śnieg. Opadające wielkie płatki nieubłagalnie sięgały coraz wyżej szyby. Wszyscy z niepokojem obserwowali, lecz nikt nie odważył się skomentować. Żaden z uczestników nie dopuszczał złych myśli.
Ten ostatni dzień ćwiczeń był nerwowy, wzrok tancerzy jak i nauczycieli skupiony był na obserwacji pogody. Po dwóch godzinach zajęć, zerwał się wiatr który ogromnie świszczał zawiewając coraz większe zwały śniegu pod okna sali tanecznej. Zabudowa dwóch budynków na górze była tylko parterowa, można było obawiać się zagrożenia które zresztą narastało z każdą chwilą. Tancerze z trudem wytrwali do obiadu. Gdy zebrali się już wszyscy uczestnicy kursu, do sali restauracyjnej wszedł kierownik obiektu i powiedział.
- Proszę państwa chciałem zawiadomić, iż właśnie zostały zerwane linie telefoniczne, a śnieg zasypał drogę, jesteśmy odcięci od świata.
W restauracji zrobił się ruch, ludzie nagle przestali konsumować posiłek. Przy każdym stole nastała nerwowa atmosfera,  wymieniających się obawami.
- Proszę się jednak bardzo nie martwić, jesteśmy na taką okoliczność przygotowani, włączyliśmy już agregat i prąd będzie, tylko nie działa nasz telefon, są zerwane linie.
- Ale co będziemy jeść? - odezwał się kierownik szkolenia.
- Mamy zapasy na 50 osób na tydzień w spiżarniach. Myślę, że zagrożenie do tej pory minie.
- A chleb? – zapytał ktoś z sali.
- Chleb się upiecze – dodał mężczyzna.
Wiadomość kierownika obiektu była szokująca, a zarazem częściowo uspakajała wszystkich, którzy błagalnym wzrokiem błądzili po oknach, za którymi każda chwila zmieniała sytuację.
Zajęcia taneczne były trudne, nauczycielka prowadząca lekcje starała się jak mogła, lecz jej atrakcyjne tańce dyskotekowe nie wzbudzały zainteresowania takiego jak powinny, głowy wszystkich zajmowały teraz inne myśli.
Ponieważ program szkolenia dobiegł końca szef federacji zarządził tańce indywidualne. Uczestnicy szkolenia zebrali się w świetlicy, gdyż nie można było wyjść z budynku i tak sobie iść do pociągu. Między częścią hotelową a restauracyjną było ok. 30 metrów odległości, na której to przekopany został przez obsługę lokalu tunel, osoby przemieszczające się widziały tylko głowy zza zwałów śniegu.
Muzyka wciąż grała.
Uczestnicy wspólnych ćwiczeń, wykruszali się po trochu wracając do swych pokoi.
Gdy Kamil objął partnerkę w sposób nieprzepisowy w tańcu, Aneta zorientowała się, iż zostali już sami na sali.
Chłopak przytulił dziewczynę do siebie by kontynuować taniec.
- To nasz pierwszy taniec w intymnej atmosferze – powiedział mężczyzna unosząc ręką brodę dziewczyny, chcąc spojrzeć jej prosto w oczy.
Aneta zmieszała się, ale po chwili z tupetem powiedziała.
- Taniec na śnieżnej górze!
- A na śnieżnej, żebyś wiedziała! – potwierdził Kamil.
- Właściwie gdyby nie śnieg, już by tu nas nie było dawno.
- Ja się bardzo cieszę, mamy okazję lepiej się poznać - powiedział chłopak.
- Nie wiem, co masz na myśli?
- Nic takiego, chcę tylko dostać słodkiego całusa.
Aneta uśmiechnęła się i zmieniając nastrój, cmoknęła chłopaka w policzek.
- No, ale nie tak! – odezwał się zawiedziony młodzieniec, który chwycił dziewczynę w pół i zdecydował się zaryzykować namiętny pocałunek.
Dziewczyna wyrwała się z uścisku.
- Co ja robię, przecież to nie tak?
- Co nie tak? Jesteś moją dziewczyną! Nie czujesz tego?
- Tak?- spytała Anetka uśmiechając się słodko do chłopaka.
- Tak! - potwierdził stanowczo Kamil.
Muzyka ucichła.
Wokół idealna cisza.
Aneta i Kamil objęci razem stali patrząc na siebie. Spojrzenia ich sięgały głęboko w oczy, jakby oboje szukali w nich nadziei na wielką miłość.
Z głośników popłynęła nastrojowa muzyka, niekoniecznie do ćwiczeń, ale po to by ci młodzi w uścisku mogli jeszcze pokręcić się na parkiecie. Trwało by to nieskończenie, lecz nagle …
Pstryk!
Zgasło światło...
Awaria w całym obiekcie.
Dziewczyna zerwała się w popłochu.
- Nie bój się! – powiedział chłopak, jakoś dojdziemy do recepcji, przecież świetlica jest tuż obok.
Kamil chwycił dziewczynę za rękę, a sam wyciągnął drugą przed siebie by dotrzeć tak do najbliższej ściany. Chłopak wydedukował, że jak będzie trzymał się ściany i przesuwał wzdłuż niej, wcześniej czy później natrafi na drzwi wyjściowe, którymi dostanie się do holu gdzie jest recepcja. Po dłuższej chwili udało mu się opuścić pomieszczenie.
- Czy ktoś tu jest? – pytał już z dala.
- Skąd pan idzie? – odezwała się recepcjonistka.
- Ze świetlicy! – odpowiedział mężczyzna.
- Chyba coś się stało, dam panu świeczkę i niech pan idzie do pokoju – dodała kobieta podając ją Kamilowi, gdy druga już płonęła na jej biurku.
Para ubrała w szatni wierzchnie okrycie i z zapalonym kagankiem poszła ścieżką do części hotelowej. Po 20 minutach awaria została usunięta.
Noc była tragiczna.
Na dworze szalała zamieć, bezustannie zasypując przekopany tunel.
Mężczyźni raz po raz wyglądali za drzwi wejściowe do budynku.
Obsługa na bieżąco odkopywała tunel poszerzając przejście. Gdyby nie robili tego całą noc, rano pewno nie można by było otworzyć drzwi.
Uczestnicy szkolenia, zebrali się w kilku pokojach i rozprawiali nad tym, co dalej. W pokoju organizatorów szkolenia, trwała dyskusja: jak zająć ludzi by nie wybuchła panika, kto ewentualnie będzie prowadził wykłady, czy są na to fundusze, oraz kto zapłaci za dodatkowe koszty spowodowane nieprzewidzianymi okolicznościami.
Problemów było wiele.
W pokoju, w którym zebrali się nasi bohaterowie panował ponury nastrój, dziewczęta martwiły się najwięcej o to, że nie będą mogły wywiązać się z planowanych występów zespołów lub udziału w turniejach tańca.
Nagle, usłyszano świst wiejącego wiatru, który przyniósł z sobą nowy śnieg na szyby okienne.
Kamil i Marek zaczęli fantazjować.
- Jutro to nas już nie będzie widać! Zasypie oba budynki po dach - powiedział Kamil.
- A ja bym tak chciał, żeby ktoś wysłał tu na górę po nas helikopter i wyciągnął na linach – odezwał się Marek.
- Coś ty, kto by tyle ludzi wyciągał to nie powódź – powiedziała Dorota.
- Najwyżej by nam z rzucili żywność i ciepłe ubrania – dodał Kamil.
- Co wy mówicie? – spytała Aneta.
- Jak to, co? To wszystko realne – odezwał się naładowany emocjami Marek.
Nie straszcie mnie powiedziała Aneta ja nie dam się wciągać liną na pokład helikoptera, a w ogóle zmieńcie temat.
- Jak mam zmienić temat to powiem wam dziewczyny, możecie się tylko pomodlić, bo i tak nic innego nam nie pozostało – wymyślił chłopak Doroty.
Oczy Anety zaszły łzami, dziewczyna zaczęła szlochać.
- No, nie bój się - powiedział Kamil i objął dziewczynę swoim męskim ramieniem, dając jej trochę bezpieczeństwa. To tylko żarty, takiej śmietance towarzyskiej nic się nie może stać.
Na stoliku stała gorąca kawa i talerz ze słodkościami przyniesiony z kolacji.
Na dwóch fotelach Dorota i Aneta siedziały wraz ze swoimi partnerami, pocieszając się wzajemnie do późnej nocy.
Kiedy chłopaki poszły do swojego pokoju dziewczęta wpadły na pomysł by naprawdę pomodlić się w intencji dobrej pogody? Uklękły w koszulach nocnych na podłodze i zaczęły mówić:
- Zdrowaś Mario…
Rano przywitało wszystkich piękne słońce, które dawało nadzieję na poprawę pogody. W godzinach dopołudniowych temperatura poszła wysoko w górę i hałdy śniegu natychmiast topiły się, tak, że popołudniu było już znośnie.
Następnego dnia w godzinach rannych planowany był wyjazd autobusem na stację kolejową, a stamtąd do domów.
W piątek temperatura utrzymywała się dalej wysoko, a słońce świeciło od rana, zwały śniegu na przejściach opadały w dół w mgnieniu oka pozostawiając po sobie kałuże. Wóz do odśnieżania mógł już przejechać na dół góry, przecierając drogę. Transport na stację odjechał o 9: 45, wsiedli wszyscy, a wraz z nimi nasi bohaterowie.
Autobus hotelowy jechał bardzo wolno, droga była śliska.
Aneta siedziała obok Kamila, serce waliło jej jak młot nie wiedziała, co ma powiedzieć, jeszcze chwila a chłopak odjedzie a z nim jej piękne wspomnienia. Dziewczyna krępowała się powiedzieć by Kamil dał jej adres, a sama nie śmiała. Siedzieli oboje w milczeniu, Aneta nie wiedziała co to znaczy, po chwili wysiedli razem z wszystkimi.
Kamil chwycił za ręce swoją partnerkę, chciał jej coś powiedzieć, lecz zawahał się.
Popatrzyli na siebie trwając tak w zamyśleniu.
W pewnej chwili wyjął z kieszeni małą karteczkę ze swoim adresem i wręczył jej.
Cmoknął ją w usta na pożegnanie i wsiadł do autobusu, którym pojechał do pobliskiego miasta, a stamtąd z przesiadką na inny do domu.
Przyjedź do mnie! – wykrzykiwał chłopak.
Pamiętaj! Zatrzymasz się u mnie! – dodał.
Kierowca włączył silnik, autobus ruszył z miejsca.
Gdy się oddalał, mężczyzna kiwał ręką przez szybę, dziewczyna patrzyła w dal, oczy - miała pełne łez.

Koniec

Please publish modules in offcanvas position.