Urodzona 12 sierpnia 1968 roku w Mielcu.  Z zawodu higienistka    stomatologiczna i dietetyk. Zadebiutowała w prasie regionalnej ,,Głos Mielecki" w 1991 r. Członkini Mieleckiej Grupy Literackiej ,,Słowo’’ od 2011 roku. Swoje wiersze publikowała w almanachu Grupy ,, Zanurzeni w słowie” (Mielec 2011), na stronie internetowej www.slowo.art.pl, na portalu hej.mielec, a także w prasie regionalnej.

Jej wiersze ukazały się w „Artefaktach” - Mieleckim Roczniku Literackim Nr 1 (2012) wydanym przez Towarzystwo MiłośnikówZiemi Mieleckiej im. Władysława Szafera w Mielcu. Debiutancki tomik ,,Kropla” wydała w 2012 roku, który przedstawiła na kilku wieczorach poetyckichw Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mielcu i Samorządowym Domu Kultury w Tuszymie.Lubi podróże, spotkania z ciekawymi ludźmi, rodziną i przyjaciółmi,dobrą muzykę i film. Uważa, że człowiek  i wszystko z nim związane może być ciągłą inspiracją do twórczych poszukiwań.W tomiku,, Dłonie” (Mielec 2013) autorka zachęca do spojrzenia na siebie i świat z dystansu, czasem w krzywym zwierciadle, próbuje pokazać, że życie pomimo wielu zawirowań może być interesujące i piękne.

8 czerwca 2014 roku w Samorządowym Centrum Kultury w Mielcu odbyła się promocja trzeciego tomiku "Skrzydła". 21 czerwca br wygrała pierwszy mielecki slam poetycki . W lipcu 2014 roku  w ogólnopolskim  miesięczniku "Gazeta Kulturalna” ukazała się  recenzja tomiku „Skrzydła”  Stanisława Grabowskiego".

Kolejne wydane tomki to ,,Karuzela”( 2015)  z recenzją Agaty Linek oraz ,,Strofy na...” (2016) z recenzją Stanislawa Grabowskiego.
Te dwa tomiki zostały wydane przez SCK Mielec.
W listopadzie 2016 roku autorka wydała tomik "Karuzela” w wersji polsko-angielskiej.
Autorką tłumaczenia jest Maria Weiss-Malec.

Artykuły:
Rozśpiewana promocja "Karuzeli" tomiku Aleksandry Piguły
Smakowanie „Kropli” Aleksandry Piguły



Rozśpiewana promocja "Karuzeli" tomiku Aleksandry Piguły, 17.10.2015


Aleksandra Piguła "Artefakty" Ekscentryk czy wariat?, Mielec 10.01.2015

link do filmu: http://youtu.be/ojj1iaV_vaI
Nagranie wideo: Zbigniew Wicherski


Tylko ty
To tylko Ty
twoja troska
twoja tajemnica
tętniąca tęsknotą

tylko ty tak troskliwie
tasujesz talię
tysiąc tysięcy tasowań

to tylko ty
twoje towarzystwo
twoje tango
twój teatr

 tylko ty ?


Oczekiwania
Oczekuj od obcych obojętności
ocalisz osobowość

otwórz oczy

oczekuj od Odwiecznego Ojca
opatrzności
opieki
ognia

oczekuj od obrazu olśnienia

oczekuj
olśniewaj
opowiadaj opowieść


Prawda
Powiedz poecie
przestań pisać – polegnie

powiedz prostakowi
pomyśl – pójdzie precz

powiedz panu
przekrocz przyzwoitość
pozostanie parobkiem

przemyśl
przemilcz

pozostaniesz
przyjacielem prawdy

    
Igraszka
Igraszka istnienia
iloraz ideału
interpretacja inteligencji
istnieją idioci i intelektualiści
inność i innowierstwo

Istnieje ideał?

ile imion
intymności
ile istnień


Gdy gubisz
Gdy gubisz granicę gustu – gnuśniejesz
gdy gubisz godność - giniesz

grasz grę głupoty

gdzieś głęboko
gromadzisz grosze

gonisz galopem galaktykę


Układy
Uczymy uprzejmości
układamy ułudę uczuć
umysł uważnie unika
uogólnień

uwypuklamy usta
unikalnym ubraniem
umiemy upiększyć urodę

ukończone uniwersytety
umożliwiają
uchwalanie ustaw

układamy układanki
ustalamy układy
urządzamy urodziny
umyślnie unikając
uprzejmości

udajemy

uwierzmy uczuciom
udawanie unicestwia


Łza łotra
Łazili łąką
łysy łysemu łgał
łagodniał ładunek
łatwowierności

łotr łaknął łaski
łagodniała łza

łącząc łańcuchem
łatwość
łagodność
ład


Akt Afrodyty
Anielski akt Afrodyty
abisalne arcydzieło
abstrakcja absolutu
apogeum arogancji

Adamowe audytorium
adoruje anonimowych aktorów
adepci architektury antyku
alabastrowym akcentem
afirmują
anielski akt Afrodyty


Morfina
Uzależniłeś mnie
wstrzykuję sobie
kolejną dawkę namiętności
pojawia się uśmiech
krew lepiej krąży

jest tylko ten moment

jeśli kiedyś przyjdzie jutro
zakryję go
prześcieradłem wspomnień

aby ocalić choć mgłę


Kwiaciarka
Widziała wszystko
sprzedawała kwiaty
jedną ręką zawiązując
bukiet panny młodej
drugą kir na wieńcu

była świadkiem
największych intymności
i wzruszeń

alfą i omegą
dla obcych sobie ludzi
otoczona zapachem róż
fiołków i konwalii
nigdy nie dostała nawet stokrotki

bo komu przyszłoby do głowy
dać kwiatek kwiaciarce


Świat w gruzach
wiersz dedykowany ofiarom trzęsienia ziemi we Włoszech 2016 roku.

Nie trzeba wojny
wystarczy
że zatrzęsie się ziemia
I wcale to nie znaczy
że umarł Bóg

kiedy nie jest ważne to co miałeś
tylko kim jesteś
kiedy możesz spać pod gwiazdami
podziwiając zachód słońca
wiedz że spod gruzów w ulewie łez
odrodzi się życie
bo i tak jesteśmy tu po to
aby doświadczać
miłości
życia
i siebie nawzajem


Nie słuchaj
kiedy mówią
lepiej już było
nie wierz
nie słuchaj
zamknij drzwi
otwórz serce
wbrew rozsądkowi kochaj
jak dziecko
nazwą cię wariatem
kimś z innej planety
a ty po prostu pierwszy raz
od kiedy oddychasz będziesz szczęśliwy


Do not listen
when they say
there were better days
do not believe
do not listen
close the door
open your hearth
and love like a child
in spike of good reason
they will can you a freak
a creature from the other planet
and for the first time
since you first breath
you will be simply happy


Spowiedź
powinna powiedzieć
wiecej nie pamiętam
żałuję
postanawiam poprawę
nie powie
wracają wspomnienia
przyspieszony oddech
nagość drzewa
zamknięte powieki
otwarte usta
rozgrzeszyć
może tylko miłość
za oziębłość
odpowiesz przed Bogiem


A confession
she should say
I remember nothing more
I regret
and promise to improve
she will not say it
the memories come back
the breath quickens
the tree is barren
closed eyes
open mouth
only love can give you absolution
for heartlessness
you will answer to God


Obraz
doskonały obraz Boga człowiek
widziałam wielu
za mało by się zachwycić
ktoś w akcie stworzenia miał więcej
szczęścia
ktoś więcej rozumu
jaka jest granica błędu
gdzie kończą się żarty
a zaczyna groteska
ale czy obraz może być doskonały…


An image
a perfect image of God
a man
I have seen many
too few to be admired
someone was more lucky
with the act of creation
someone got more brains
what is the margin of error
where do the jokes and
and grotesque begin
but can an image be perfect...



Karuzela

Zabrałeś mnie
na karuzelę przemyśleń
nostalgia dopada jak grypa
tylko ona rozgrzewa
do czerwoności
pozwalam się uwieść
dopala się świeca
dni spopielały
kwiaty nie pachną
ale twój głos wciąż brzmi
szum morza dopełni dźwięk
zanim zamieni się w ciszę
żółkną jesienne liście
na naszych zdjęciach
przybywa płyt i książek
a wiosną drzewa
zakwitną nadzieją
odwracając fatum
jadę bez trzymanki
a karuzela wciąż się kręci


Rachunek

Judasz zdradził
za trzydzieści srebrników
jakby Bóg
nie był więcej drachmy wart
za jaką cenę
zdradzisz mnie czytelniku
odejdziesz w świat
banalnych słów
przyziemnych spraw
rachunek za miłość
wystawi nam życie
za jaką cenę
zatańczysz walca
do kresu dni
za jaką cenę
zmysły rozkołyszesz
nim odbijany
krzyknie ktoś
i zmieni rytm


Zimowa noc

Noc wieje chłodem
ty gdzieś daleko
zarabiasz na chleb
wierzysz że
nie samym chlebem...
nie samą miłością...
dokładam do pieca
podartymi listami
okadzam dom
sadzą wspomnień
robi się cieplej
kolejny klocek
zamienia się w proch
a klepsydra
odmierza czas
twojego  powrotu


Korzenie


Korzenie dobra i zła są w nas
nic nie jest tylko czarne lub białe
dla podkreślenia stylu
wybieramy szarość
stonowaną elegancję
piękno
czym jest piękno
bo idealne wymiary
szlachetne rysy
młodość
to zbyt mało
pojęcia próżne i wyświechtane
tak bardzo
odeszliśmy od korzeni
a przecież one są w nas
i tylko od nas zależy
co z nas wyrośnie


Obraz

Doskonały obraz Boga
człowiek
widziałam wielu
za mało by się zachwycić
ktoś w akcie stworzenia miał więcej
szczęścia
ktoś więcej rozumu
jaka jest granica błędu
gdzie kończą się żarty
a zaczyna groteska
ale czy obraz może być doskonały


Ile razy

Zastanowię się pięć razy
i zamilknę
skapną ostatnie
krople przyzwyczajenia
zostawiając na kamieniu
krew minionych lat
zastanowię się dziesięć razy
zanim odpowiem na pytanie
tak wiele modlitw
zostaje bez odpowiedzi
dopóki wzrokiem będę próbowała
ujrzeć Boga
będę kroczyć w ciemnościach
zastanowię się piętnaście razy
i może wtedy odkryję
że słabości są błogosławieństwem
nawet najpiękniejsza maska
to marna kopia ideału
zastanowię się
siedemdziesiąt siedem razy
zanim powiem kocham


Obnażenie

Czytasz w moich myślach
podziwiam odwagę i samozaparcie
to czego się dowiadujesz przerasta
oczekiwania
żyjesz i umierasz zarazem
chodzenie po gorących
kamieniach strof
przeraża i ekscytuje
a zimny prysznic
przywraca świadomość
mówię do ciebie
w obcym języku
przeklinasz wieżę Babel
wypływasz na spokojne wody
arką cierpliwości
kiedy opowiem całą księgę życia
ostatnim tchnieniem
wyszepczę pragnę


Dorożka
Stanowi

Zaczarowana dorożka
porzucona przez dorożkarza
czeka na nowego właściciela
nie pasuje do
fordów
mercedesów
bmw
na dzisiejszych drogach
czy w całym wszechświecie
znajdzie się biały rumak
który przewiezie mnie w przeszłość
zaczarowaną dorożką
w zaczarowany świat

Słowa słowa słowa

zainspirowana wierszem
Stanisława Grabowskiego
,,O poezji”

Mów do głupiego
że czapka nie jego
to tak jak z daltonistą
mówić o kolorach
może pomilczymy
nie pytając
po co
dlaczego
w jakim celu
czy zawsze musi być morał
jak zrozumieć słowa
nie doradzam pośpiechu
w bezsenną noc
przypomną
o sobie
zaiskrzą blaskiem
na niebie
a może tak
mierzyć w księżyc
nawet jeśli chybisz
wylądujesz
wśród gwiazd


Zegar

Mój zegar bije nieustannie
tak samo w każdej chwili
gdy biegnę do przystanku
poprawiając swój
życiowy rekord na sto metrów
i wtedy gdy zatapiam się w myślach
przechodząc do nurkowania
mój zegar odmierzał
dzieciństwo PRL-u
młodość głębokich przemian
dojrzałość wolnej Polski
mój zegar biologiczny jak sinusoida
wznosi się i opada
nie ma na nią wzoru
wystrzałowym ciuchem
próbuję sobie odjąć lat
a tak naprawdę
uśmiech czyni ze mnie dziecko...
stary zegar dziadka
jedyna po nim pamiątka
wrośnięty w dom
przypomina o korzeniach
i swoim tik tak odmierza czas


Wolność

Chcieli mnie oswoić
wysłali do szkoły
nauczyli
proszę
dziękuję
przepraszam
chcieli zrobić ze mnie kobietę
w purpurowej sukni
wkroczyłam na wybieg
odwracając się na pięcie
zmazałam szminkę
zrzuciłam szpilki
wybiegłam
na kamienistą drogę
aby w deszczu i błocie
poczuć wolność
chcieli mnie oswoić
prawie się im udało...


Istnienie

Kiedy umiera młodość
zaczynasz szanować każdą chwilę
nie martwisz się że masz
pięć centymetrów za mało
dziesięć kilogramów za dużo
że masz pryszcze
nie zdasz egzaminu
albo że chłopak
do którego wzdychasz
na ciebie nie spojrzał
za dwadzieścia lat
wszystko okazuje się banalne
kiedy umiera nadzieja
spróbuj ją reanimować
ona musi odrodzić się
z bagna łez i pomieszania zmysłów
kiedy umiera miłość
złóż ją na ołtarzu
przemieni się i zmartwychwstanie
bo jeśli nie to była
tylko namiętnością
kiedy umiera wiara Bóg podaje rękę
prowadzi po właściwych ścieżkach
tylko musisz chwycić dłoń i zaufać
jest więc
wiara nadzieja i miłość
a nade wszystko życie


Spowiedź

Powinna powiedzieć
więcej nie pamiętam
żałuję
postanawiam poprawę
nie powie
wracają wspomnienia
przyspieszony oddech
nagość drzewa
zamknięte powieki
otwarte usta
rozgrzeszyć może tylko miłość
za oziębłość
odpowiesz przed Bogiem


Ucho igielne

Mówisz
śmierci nie ma
życie trwa wiecznie
zmienia się jedynie postać
myśląc tak czujesz się bezpiecznie
możesz odejść
lub tutaj zostać
jest więc pokój miłość i wszystko
a nie jak mówią zaledwie garstka
wiedza w absolutnym wymiarze
dobra nowina i łaska
gdy cię osądzą i postawią wyrok
nie słuchaj
nie wierz plotkom
i nie powielaj obcych zachowań
nie myl refrenu ze zwrotką

urodziłeś się po to
aby być sobą
a nie lustrzanym odbiciem
sam przejdziesz
przez ucho igielne
po ścieżce zwanej życiem


Od do


Jest taki czas do wykorzystania
od pierwszego krzyku
do zamknięcia powiek
chwile przemyśleń
noce z lampką szampana
tak samo tajemnicze jak człowiek

jest sen
z którego nie chcę się wybudzić
Jeruzalem dalekie i bliskie
Arka Noego
kraina bez ludzi
melodią fal wzrusza pianistę

jest serce
biegnące od przedsionków do komór
rozgrzane do czerwoności
w chwilach uniesienia
ochłodzone rozsądkiem
nie mówi nikomu
jak bolą porzucone marzenia



Odmiana

Odmieniam życie
przez przypadki wydarzeń
regularny to czas
od poniedziałku do piątku
zwyczajne chwile
szalone soboty
święte niedziele
odmieniam miłość przez czasy
przeszłość mniej boli
skupiam się na tym co teraz
jak zatrzymany w kadrze film
rozgrzany ekran parzy
oskary nam rozdają
przyszłość się marzy
odmienię śmierć któregoś dnia
nie w liczbie mnogiej
kiedy? nie wiem!
zatrzyma się czas
ziemskiej wędrówki
z nadzieją stanę
oko w oko
przed Bogiem
gotowa do podróży po niebie


Śmiertelni


Chorujemy na tę samą chorobę
zwaną życiem
niestety śmiertelną
oswojeni z codziennością
czekamy na świąteczny czas
chorujemy na tę samą chorobę
każdy inaczej
gdy nie pomagają probiotyki pracy
ratujemy się
morfiną miłości
bez bólu
tak cudownie znieczuleni
zasypiamy
w ramionach wieczności


Okulary

Rozmawiam i nie chcę zgubić wątku
przeszkadza mi twoje spojrzenie
przenikające do wnętrza
dlatego przymykam oczy
myślisz  że słońce
oślepia przed tą miłością
okulary
cudowny wynalazek człowieka
przydatne
gdy zaczyna się
zabawa w chowanego.
kątem oka
widzę inną kobietę
w ciemnych okularach
cierpiącą z bólu
były zbyt małe
by zakryć opuchliznę
tamta kobieta przeklina swój los
wkładając okulary
myśli że jest zbyt późno by odejść
albo  że gdziekolwiek pójdzie
i tak wróci do kata
taka jest jej miłość
skrwawiona posiniaczona toksyczna
myśli że będzie inaczej ...kiedyś
a jeśli gorzej?
bo Bóg daje taki krzyż
jaki można udźwignąć
czy zamieni okulary na maskę?
widzę bawiącą się dziewczynkę
w różowych okularach
wiatr pieści jej włosy
powiewa niebieska sukienka w kwiaty
taki mały promyk słońca
na ponurej ulicy
zaraźliwy śmiech udziela się
ta mała dziewczynka
zabiera mnie do lepszego świata
jest aniołem
zesłanym na chwilę
wracam do rozmowy
zdejmuję okulary
a gorzki łyk kawy przypomina
w jakim celu się z tobą spotkałam


Pan czy sługa?

Słońce budzi cię jasnym promieniem,
żegnasz się z nocną szarugą.
Myślisz co los przygotuje,
Czy będziesz dzisiaj panem czy sługą?

W życiu nic nigdy nie jest na zawsze,
Fakty  się determinują.
Gdy gramy w cudzym teatrze
To pan nieraz może stać się sługą.

Czasem musisz zawalczyć o siebie
Słowem, gestem lub maczugą.
Kłaniać  się, przyjąć honory,
Być czasem panem a czasem sługą.

Cokolwiek robisz gdziekolwiek żyjesz,
Jak długo mkniesz życia strugą.
Odpowiedz  tylko w swym sercu
Czy jesteś dzisiaj panem czy sługą?

Kiedy przepłyniesz ocean życia,
zmierzysz się z wieczną żeglugą.
Okaże się  nieistotne
Czy byłeś tutaj panem czy sługą?


Myśli

Nie potrafię ocenić słów
które wychodzą spod pióra
są myśli co przychodzą same
nie odpędzam ich
przyglądam się tęsknocie
niepokojom
podmuchom wiatru
promieniom słońca
rozwijam każdą
myśli jak czekoladkę
smakuję
są gorzkie i słodkie zarazem
migdałowe i pistacjowe
pachną miętą i wanilią
wspomnienie dzieciństwa
zawsze wzrusza

Podziękuj kropli wody

Beacie
podziękuj kropli  wody
gdy gasi pragnienie
to elementarne
pragniesz bowiem
tak wielu rzeczy
jednego pocałunku
bardziej
niż kromki  chleba
podziękuj najpierw wodzie
gdy spływa
po piersiach łonie
bezwstydnie
zaglądając  do wnętrza
potrzebujemy oczyszczenia
bo z brudu nienawiści
nic dobrego
nie może się zrodzić
podziękuj kropli wody
bez niej
nie byłoby oceanu


Dłonie
Miliony dłoni przez wszystkie lata
Na drodze życia spotykasz,
Są te przyjazne matki, siostry, brata
I te, z którymi nie chcesz się witać.
Ktoś ma na dłoniach serce otwarte,
Bo dobroć przebija przez skórę,
Takie dłonie są najwięcej warte,
Niestety tylko niektóre.
Dłonie matki, ojca przytulały
I błogosławiły na drogę
Te w życiu najwięcej mi dały,
Z szacunkiem całować je mogę.
Są dłonie, które zmieniają ciało,
Bo jeden dotyk wystarczy
By poczuć miłość doskonałą
I przestać o cokolwiek walczyć.
Dłonie na krzyżu przebite
W których się niebo zawiera,
W tych dłoniach
Jest całe moje życie-
To święte dłonie Zbawiciela


Oto człowiek…
Oto człowiek
Zachłysnął się kęsem mądrości,
Chce być najlepszym egzemplarzem
W kolekcji wszechświata,
Wpatrzony w siebie tak centralnie,
Że nie zauważa stojących obok.
Oto człowiek…
Pasujący do trendów mody
Dyspozycyjny dla wszystkich,
Tylko nie dla tych,
Którzy go kochają.
Oto człowiek…
Jak stary mannlicher
Podszyty kompleksem niższości
Wybucha, zamiast stać
Na straży godności,
Zatruty strzałą nienawiści
Kpi sobie z gniewu Galilejczyka.
Oto człowiek…
Patrząc na niego niestety
Nie powtórzę za Piłatem;
Nie znajduję w nim żadnej winy.


Byłeś
byłeś przez chwilę wszystkim
powietrzem
oddechem
wodospadem
czekaniem
spełnieniem
obłokiem szczęścia
nagle
motyle w brzuchu nie trzepocą
straciły barwę
choć mówią
że ćma to też motyl
podobny
tak już pozostanie
realne sensowne życie
wyliczone co do minuty normalności chwile
tylko dlatego
że nie mam odwagi być jak Julia


Nim zapieje
zanim zapieje kogut
nasze ręce rozplączą się
z miłości zostanie tylko ość
złamane serce jakoś sobie poradzi
z bólem cierpieniem niepewnością
zostawi miejsce rozsądkowi
gdzieś daleko mały chłopiec
rozbije szybę szklanego domu
nieprzyzwoicie bogaty dżentelmen
oddając piłkę stwierdzi
w końcu to tylko szyba
zanim zapieje kogut
zmienię kolor włosów
smutek zabierze mi kilka kilogramów
ktoś nie rozpozna we mnie
kiedyś znanej twarzy
znów bardziej anonimowa
bez wszystkiego kim byłam wczoraj
rozpocznę nowy dzień


Epitafium
Ani Brąglewicz
Non omnis moriar

to nie tak miało być ta przyjaźń miała się rozwinąć
nie dokończymy zaczętej rozmowy
zabrakło czasu nawet łzy nie chcą płynąć
nie wierzę że to życie skończyło się
jest w innym wymiarze
twoja dusza jest teraz wolna jak ptak
a moja wciąż pełna marzeń
i to nic że milczy telefon sms-y nie docierają
a kot nie może sobie znaleźć miejsca w domu
świat zamknięty między sztalugami
zawsze będzie ciebie przypominał
podążasz leśną alejką w kierunku kapliczki
z bukietem wrzosów w dłoni
milcząca
to nie tak miało być
ale czy nie jest tak
że gdy nie wiemy co powiedzieć
najbardziej kochamy


Jak co roku
Tak jak co roku biały stół i pachnie siano Jak co roku śpiewamy święta noc
Tak wyjątkowo smakuje karp i wciąż nas mało
Tylko puste miejsce mówi, że kogoś brak.
Jest tylko jeden taki dzień i jedna taka noc

Co by nie było cały rok czekamy, by opłatek wziąć
Spoglądać znów przez jego biel
Pomarzyć aby stał się cud
Tak jak co roku płynie pieśń
Jest najgłośniejsza cicha noc


Rozmowa z drzewami
wierzbo płacząca
uśmiechnij się czasem
bo nie do twarzy ci
we  łzach

brzozo przytul mnie
podaruj mi spokój
pozwól chwilę
przy tobie
postać

wielki rozłożysty dębie
nie wypominaj jabłoni
pierworodnego grzechu

bo któż z nas
jest bez winy


***
darowałeś mi powietrze
a w nim coraz mniej tlenu

darowałeś miłość
z ością w gardle

darowałeś człowieka
na obraz
już nie wiem kogo

darowałeś mi życie
tylko
nie mam czasu
by pożyć


***
przepraszam ciebie ziemio
ze pokryli betonem twoją powierzchnię
aby nam było wygodniej stąpać

nie dziw się  chmuro
że zimno jest pod twoją  pierzyną
i dlatego
wybieram koc

długie zimowe wieczory
wybaczcie mi że błogosławię
nadejście wiosny

przepraszam dzień
że podróżuję we śnie

nie martw się ziemio
niebo ma nad tobą kontrolę
i zawsze jest  niebieskie

maj 2011

***
kopciuszku zobacz świat jest piękny
dziś przemień piekło w raj
błagam nie czuj się odepchnięty
pięknie wyglądasz idź na bal
baw się przecież wiesz
książę zachwycony jest tobą
poeta pisze o tobie wiersz
jesteś balu ozdobą
zgubiony but należy do ciebie
nie pasuje na inną nogę
książę szuka długo i nie wie
że jesteś tuż za progiem

***
uciekam w cień od słońca
przed głupotą , która aż boli
przed drogą, co nie ma końca
przed samą sobą powoli
podobno bieg to zdrowie
byle dobiec do celu
byle nie zaszkodzić sobie
bo przed nami padło wielu
gdy ktoś mi podstawi nogę
podnoszę się, biegnę dalej
i już nie kłócę się z bogiem
jaki ma sens to bieganie


Przy  śniadaniu

piję kawę
jeszcze jedną nogą we śnie
odbicie lustrzane
zaskakujące
jak na porę dnia
pierwszy łyk
gorzki
ciepły
taki jak lubię

piję kawę
na dobry początek
dnia
czy koniec nocy
pierwszy
drugi
łyk

 

Justyna Żelazo
Urodzona 18 października 1989r. w Knurowie, z wykształcenia geodeta, nauczycielka zawodu w Zespole Szkół Budowlanych w Mielcu, a prywatnie ciekawa świata, często wędrująca górskimi szlakami, niespokojna dusza. Wiersze i prozę publikowała wcześniej na łamach raciborskiego Almanachu Prowincjonalnego.

Dolina Końca

ósma zero trzy.

unosząc się z popiołu mgły
ranni ludzie idą

w dolinie końca
ranni ludzie idą

rozpięta ona
pomiędzy wzgórzami bloków
szumiącym strumieniem głów
wyżłobiona

dołem
ranni ludzie idą.

ten z prawej szybko.
jeszcze go goni
senny omam szarży koni.

ta z lewej
z kwitkiem odprawiona,
zastanawiająca
ona.

jest ich więcej,
który pierwszy,
który prędzej.

zostawiają ciepłe słowa
jak bułeczki,
gnając cicho
coraz ciszej
w Niewiadomo.



Nawrócenie po przejściach

jak się zapętliłam
jak ja się okropnie zapętliłam

spłonęły moje pamiętniki
w ogniu pieca węglowego

jak się rozwinęłam
jak ja się okropnie rozwinęłam

tam gdzie należy, czyli
w kierunku niczego.

kamienie węgielne
położone
w fundamencie mojej grozy
moje wspomnienia
i wasze ciała
leżą w tych samych
opałach.

przesiewałam je ukradkiem
przez maleńkie sito
ale papier i płomień
to tylko

popiół.

ogień niczego nie oczyszcza
gromi, odrywa, gryzie
oto zgliszcza.

co mi z siebie zostało?
ostygły kołtun
martwego feniks


Panu Prezydentowi, epitafium kwietniowe

ta ziemia wcale nie jest taka płaska
kępa lasów, tu pagórek z niej wyrasta
w dotyku miękka, czarna, ił
pachnie jak proch, krew i dym

bez zdziwienia popatrzyłeś na szeregi
które stoją dość milcząco w miłej mgle
przecież takie powitania są na miejscu
w taki dzień, przy takim odejściu

uśmiech tylko przygasł Ci na chwilę
bo mundury są w zieleni jakiejś zgniłej
bo salut wymierzony w oficerską skroń
jest jak przyłożona do ich głowy broń

krzyczałbyś żeby nie strzelać,
ale dziś już nic nie krzyczysz
milczysz tylko pełny krzyku,
krzyk wymyślasz w ciszy.

pierwszy krok stawiasz na dywanie odchodzenia
spoglądając w twarze szare ze zmęczenia
liczysz ile lat czekali tu na Ciebie
by się znaleźć na rozkaz w oficerskim niebie

i nadszedł w końcu rozkaz, ostry, drżący
z Twojego gardła urodzony, żywy jakby dla żyjących
ruszyli marszem depcząc za sobą proch ziemi
nie zostawiając w niej śladów, nie poruszając kamieni

odeszli, a Ty myślisz, że jesteś już sam
ale nie, tłum przyjaciół gromadzi się u bram
pierwsza radość się miesza, z rozpaczą tej chwili
bo nie chcesz ich tu widzieć - chcesz, żeby żyli

krzyczałbyś żeby wracali,
ale dziś już nic nie krzyczysz
milczysz tylko pełny krzyku,
krzyk wymyślasz w ciszy.


Jeden strach

jeszcze jeden we mnie strach
że pamiętać przestanę
twoją prawdziwą twarz

że będziesz dla mnie krzyżem
płótnem, ozdobnikiem
w takiej chwili: obojętnej
tym co martwe i wyryte

odejdziesz powoli, pozwolisz
oglądać swoje, coraz mniejsze plecy
a z mojej słonej niegdyś soli
kryształy pozostaną,
mdłe jak proch i mętne

jeszcze jeden we mnie strach
że dziś jest chwila obojętna
że właśnie teraz tracę smak
patrząc na drogę, która kręta

przenosi cię w zaświaty
z obrazów, sklepień, desek
pełne odprysków i spękań
suche, pradawne, niedostępne.


Monolog jeszcze nie zagrany

albo ciemna albo jasna
nawet nie chcę lustra
albo coś we mnie jest
albo jestem pusta

albo słońce albo śnieg
patrzy na mnie z okien
albo nie wiem albo wiem
czy jestem człowiekiem

albo krok albo sen
albo noc albo dzień
złapie mnie albo nie
głupi albo ten co wie

czy się dam czy odwrócę
czy ucieknę czy powrócę
czy się poddam czy postawię
w twoje ręce to oddaję

w twoich dłoniach pozostawiam
żal i radość - wszystko na raz
moją kruchość moją stałość
moje to co pozostało

możesz okraść mnie do naga
lub kłamstwami otumaniać
zranić oddać i pochować
proszę nie każ ... decydować.


Plac Zbawiciela

oto brukowany czarnym granitem
Plac Zbawiciela
depczą go tłumy gapiów,
nie z przypadku
 
pytają między sobą niepewni
czy, aby który z nich
przed chwilą nie umarł

okazuje się, że wszyscy umarli
a ja stoję pośród
i nic nie rozumiem

podjeżdża miejski autobus
rozlega się szmer nie do zniesienia
kto zdoła wsiąść ten pojedzie
do nieba

pchają się wszyscy, ale ja
chcąc jeszcze trochę ugrać
bo nie jestem pewna
żadnego ze swoich uczynków
przepuszczam ich przodem

mówię sobie: to niby nic
a jednak coś dobrego,
każdy gram się liczy.

a potem, patrząc przez duże
trochę brudne szyby
oglądam się na tłum, który został
choć przepuściłam wszystkich

milczę, a on mnie wiezie
do złotej furtki zbawienia,
bo choć ładna, nie jest wielką bramą
raczej kojarzy się z niewielkim
przejściem do ogrodu mojej babci

zawiasy nie skrzypią

jeszcze tylko kilka miłych formalności
jakieś papierki do podpisania
i jestem

pamiętam tylko, że były białe.
nie plamiło ich żadne słowo czy kreska
piękny papier.

na znak próżności uśmiecham się:
czy to pierwsze,
czy ostatnie amen?

Domy nasze

czy - mimo wszystko
nie zbudowaliśmy domów marzeń?

ich fundamenty mają
zmienne twarze
ale w gruncie rzeczy
i z zaprawy takiej samej

czy - mimo wszystko
przed wiatrem nas nie chronią?

ich mury solidarne
związane chmurą burzową
ale chociaż runęły
są wsparciem i osłoną

czy - mimo wszystko
nie jesteśmy w nich wolni?

ich okna otwarte
wyłamane zamki od drzwi
ale wyrwano je dla nas
byśmy wejść i wyjść mogli

czy - mimo wszystko
gwiazdy nad nimi nie spełniają życzeń?

ich dachy pozwolą nam
przez strzechy półprzezroczyste
ale na tyle mocne
że staną tam

i powstaniec, i tatar, i skrzypek.


Potrzaskane

prawie wieczór
błyska awantura w oknach
przekleństwem
kura zmokła.

płaczą szyby
na kwaśno stłuczone
szkoda mi ich
ale nie otworzę.

tamte słowa, które sobie
nawzajem wbiliśmy
przeszywają na nowo
porozumień nitki.

ten szew jest wcale
niegeometryczny
tam w kącie rozprute leżą
szmatki naszych myśli.

mimo to

po sobie tylko znanej
drodze zakończenia
przebiega promień czysty
suszy łzy szyb
jego ciepła nadzieja.

przebiła naszą przestrzeń
ostra igła słońca
bierzemy ją do siebie
nie ma końca.


Eksport

wyeksportowałam moją pamięć
do chmury nad głową
i sięgam tam w chwilach
gdy najdzie mnie chęć

by chmura wydała
odpowiedź gotową
na haczyk pytajnika
albo pytajników sieć

wyeksportowałam swoje bogactwo
do skarpety zero – jedynkowej
tam żadna stopa nie stanie
nieuprawniona

zapachem pieniędzy
niechętnie obdarzy
a tylko dyskretnym „pik”
i przyzwoleniem monitora

wyeksportowałam przyjaciół
do takiego albumu zdarzeń
dzieje się tam dużo
i tylko wtedy gdy chcę

wiem co u nich
kiedyś i teraz
mam nasze urodziny
pogrupowane po pięć

coś zostało
kręci smętnie nosem
nie wie co robić
w takiej wielkiej ciszy

mruczy, że wierszy
dawnych nie pamięta
szelestu banknocików
i jak Marta krzyczy


długo szukałam ale jeszcze
nie wymyślono języka
w którym można by serce
z siebie wynieść i zapisać.


Słowo

zanim noc
i pierwotny dzień
zanim otworzyć oczy
zanim zapaść w sen

zanim pierwsze kiełki światła
dzieci irysów
kijanki błękitu

zanim piski, trele, trzaski
mimowolne ochy, achy
zanim pocałunek brzasku
i skomlenie na dachu

było słowo.

ale strach je wypowiedzieć
dreszcze mnie przechodzą
na samą myśl.

bo ona pyta
strasznie pyta

a co jeśli
jeśli

było słowo: nic?

 

Izabela Trojanowska – urodziła się 3 grudnia 1980 r. w Mielcu. Mieszka w miejscowości Borowa, niedaleko Mielca. Absolwentka Uniwersytetu Rzeszowskiego na kierunku prawo. Wiersze publikowała początkowo w Internecie, a część z nich znalazła się w cyklicznych antologiach, wydawanych przez portale poetyckie. Z Grupą Literacką „Słowo” związana jest od 2014 r. Jej wiersze ukazały się w Mieleckim Roczniku Literacko-Kulturalnym „Artefakty” (2014, 2015) oraz w miesięczniku literackim „Poezja dzisiaj”. W 2016 r. pojawiła się jej pierwsza książka poetycka pod tytułem „Akt”.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z czułością

Wsłuchuję się w kroki nieznajomych. Mają inny rytm, prawdziwą

szorstkość i stanowczość wobec ziemi. Prowadzą do ogrodów,

gdzie młode źdźbła traw mają odwagę być najpiękniejsze,
w jasne ganki, sypialnie wchodzących w ciało światłocieni.

Podobno pamięć komórek nie zanika, a jednak zapominają nas.
Łapczywie starty naskórek opada z ust i zmienia się w kurz.
Dłonie wycierasz o spodnie. To takie banalne.
Chowam się, bo w mroku nie widać mokrej twarzy.
Przewracam kartkę, z czułością czytam kolejną zmarszczkę.

***

Jej świat nie walczy o wolność, gdy nazywam go
moim imieniem. Nie opiera się, gdy zamykam
w swojej źrenicy. Ale zostało może okamgnienie
i rozkwitnie we wnętrzach jej dłoni,
chłonnych jak żyzna ziemia wiosną.

W moich snach bywa smukłą topolą. Widzę giętkie ramiona
i sukienki szeleszczące niczym mięte wiatrem liście,
a czasem jest zwinną gazelą i gna bez wysiłku,
ledwo dotykając ziemi. Wtedy ja kurczę się, tak dziwnie,
do bijącego serca albo wrastam w ostatni wspólny brzeg
i jestem światłem latarni.

 

Wspomnienie

 

Tamten dom ma oczy Jana Pawła. Szlachetny zapach
drewna prowadzi od progu i rozwiera skrzydła
szaf, wciąż skrzypiących powojenne melodie.

Skrzętnie schowane skarby nie straciły na wartości.
Zza bram skarbca wychyla się dziewczynka w filcowym,
jaskrawym kapeluszu i zbyt dużych butach na koturnach,
jak dyktuje moda po drugiej stronie muru.

Mogłaby teraz znów przybierać pozy dojrzałej kobiety,
być jasnym tańcem po końcówki włosów, a później
położyć głowę na kolanach i pozwolić nawijać na palce muzykę.

Myślała wtedy, że tamte nieporadne ręce są starsze niż węgiel,
a przecież znały świat za mało. Jednodniowe motyle znikają,
ledwie nauczą się żyć.

 

Z podróży

 

Myślałeś, że będę wcześniej. Wiem, nie było mnie
bardzo długo. W książkach na chwilę odłożonych
zbladły historie, nie potrafiły beze mnie rozwiązać
supełków miłości połowicznie rozkwitłych.

Ogród zuchwale wrastał w ściany i w twoje serce
dzikim winem, wiatr ze wszystkich stron niósł
tę samą wilgoć południa. Bluszcze spinały barki,
a w skroniach krew pulsowała histerycznie.

Ale uwierz, niczego nie mogłam zaplanować.
W podróży dzieją się rzeczy nieprzewidziane.
Jeszcze kolanem domykam walizkę, jeszcze
zatrzymują tamte piosenki i wiersze pachnące miętą.

Księżyc był w pełni może milion razy, jak twoje oczy
nocami. Ja też nie mogłam zasnąć, w palcach obracałam
srebrny pieniądz, kuszący bardziej niż świat
pełnych talerzy i parujących kawą kubków.

Pewnie wychodziłeś na werandę, spojrzeniem łączyłeś
w linie proste wczoraj z dziś, dziś z jutrem.
Wyszeptywałeś mnie z daleka. Valentine, Valentine
odnajdziesz wyspy-łzy na mojej twarzy.


Coraz mocniej odbijam światło. Przypływy powoli
zostawiają słabe falochrony, odsłaniają uda, uwalniają kostki.
Wyjdź naprzeciw, mój cień położy się za chwilę
u twoich stóp.

 

Kamyk

 

Połączy nas kamyk przybłęda, na którym nieomal złamię obcas,
mniej więcej za rok. Uznam, że jest doskonały,
silny i gorący od słońca.
Podniosę, na chwilę zamknę w ręku wszechświat,
po czym upuszczę w miękką trawę.

Kilka miesięcy później, chłopak spod bloku kopnie nim
w chuligana z podwórkowego gangu. Kamyk nie sięgnie celu,
tylko wpadnie pod koła pędzącego auta,
odpryśnie dynamicznie i odbije się od ściany spożywczaka.
Siwy pan we flanelowej koszuli, zamaszystym ruchem,
zamiecie go z chodnika razem z kurzem, wprost pod twoje nogi.

Podniesiesz, bo pomyślisz, że jest doskonały
silny i gorący - pewnie ktoś przed chwilą trzymał go w dłoni.

 

Powrót

 

Nie płacz. Mówiłaś przecież, wszystko zaczyna się i kończy.
Dojrzewamy wolniej niż zboże, wysychamy szybciej niż siano.
Za kilka lat i ja, pierwszy raz, wyśnię ciepłe spichlerze.

Nie dziw się. Nie dalej jak wczoraj tłumaczyłaś,
że jest powietrzem, bo tak samo wypełnia płuca.
Jeszcze chwilę. I będziemy mieć piersi jak solne groty.

Nie bój się. Nie będziesz jedynie synapsą, która zapomniała.
Pustym oczodołem, kością bledszą od słoniowej.
Szlachetny papirus przylgnie znów do ziemi. Stanie się trzciną.
Żywą opowieścią, nie historią.

 

modlitwa człowieka XXI wieku

 

nie pozwól panie spoważnieć za szybko
stać się urzędnikiem mieć m3 i kota
na spółkę z sąsiadem

daj trochę poszaleć pokręcić
światem popędzić
za wiatrem
dobić do kalifornijskich plaż
byle tylko nie wyschnąć w słońcu
jak śliwka bo ta choć słodka
to brzydka

nie dawaj panie na starość
zamiast głowy blaszanego bębna
i brzucha jak kubeł na śmieci
weź śmiercią dobrą
niczym dawna kochanka we śnie
po cichu

i nie każ czekać zbyt długo
bo mam już plany na wieczność

 

deja vu

 

następuję po sobie niezmiennie. co dzień
jabłka na stole czerwienią się, bez wstydu
reklamując właściwy apetyt na życie.
na parapecie szamocą się wróble. przez chwilę
obserwuję ich dzióbki. zawzięcie wystukują odę
do chleba. powszedniego dnia parzę usta kawą,
zostawiam w pośpiechu nieumyty kubek.

później w garście zbieram uściski, w głowie słowa,
gdzieś pomiędzy gubię oddech, kilogramy, siebie.
wracam do przypadkowego nieznajomego uśmiechu.
tracę impet, płynność ruchów, melaninę.
wypełniam się powtórzeniem krwistego zachodu
- czas tłoczy mnie niezmiennie.

następnego ranka jestem wróblem. parzę usta.

 

jaszczurka

 

wieczorami kamienie wąskich uliczek kuszą bose stopy.
wolno oddają ciepło. z ciekawością przesuwam palce
po rozbielonych ścianach, nie dbając o tkliwość tkanki.

on znika czasem w niespodziewanych zaułkach,
albo przysiada na chwilę na małych placach, ale
nawet linie wysokiego ligustru nie przysłonią celu,
więc czekam.

idzie jasny, z ręką podniesioną tak, jakby nie sięgał po łuk,
a chciał tylko włosy odgarnąć ze spoconego czoła.
w ażurowych pergolach drżą bugenwille.
jaszczurki szeleszczą w rozgrzanych krzewach.
napięta skóra boli. najbardziej tuż przed.

chowam twarz w kącicierń,
a morze zawraca do brzegu ud.

przywieram do drzewa.

 

ty który nie śpisz

 

walcz o mnie każdego dnia
za mało mam z Piotra
bym mogła być kamieniem
dla samej siebie

potrzeba mi takiej dłoni
pod którą cichnie sztorm
truchleje biały szkwał
a ja ręce mam pełne niemocy
jak połamane wiosła
dziurawe żagle

wciąż zbyt łatwo przestaję wierzyć
że kiedy dotykam palcami
czoła ramion serca
kolejny raz wypływasz
w otwarte morze

 

nie czas

 

mówili
nie pisz o śmierci
cóż ty dziewczyno o niej wiesz
umarłaś raz czy dwa
ze śmiechu
wstydu
pewnie z miłości

nie wiesz
czy boli ostatni haust
świata
czy boli bardziej
niż mocny mróz w płucach

mijasz ją albo ona ciebie
trącasz ramieniem
w tłumie
może sama zabijasz
nie patrząc pod nogi

nie pisz o śmierci
wiosną
serca młodych liści
masz pod powiekami

nie czas
dopóki myślisz
że w pięści ją zaciskasz
kiedy rodzisz

 

genesis

 

zaczynam o szóstej
najtrudniejsza jest jasność
w tym nadal brakuje mi wprawy
nie wystarczy tylko unieść powieki
odsunąć zasłony
za każdym razem trzeba odnaleźć myśl jak diament
jasny kosmyk włosów dziecka

ziemia staje się moją od pierwszego dotyku
podłogi bosą stopą
po tylu latach stąpam twardo
choć czasem świat chwieje się w posadach
kiedy na chwilę zapominam znanych ścieżek

później kolejny raz kiełkują stuletnie akacje
majestatyczne świerki ciche trawy
bażanty kroczą nieświadome czyjejś obecności
zające wychylają łebki zza krzewów

dzień za dniem mija
jakby liczył po minucie
najdłużej stwarzam zawsze kobiety
kruche silne ciche wrzeszczące
obojętne i matki-teresy
równoległe jak światy


Maciałek Monika

Urodzona 10 stycznia 1993 r. w Krakowie. Mieszkanka Podborza. Wiersze pisze od Szkoły Podstawowej. W roku ubiegłym ukończyła naukę w Zespole Szkół Ekonomicznych w Mielcu. Od dłuższego czasu, jej wiersze, ukazują się na poetyckich portalach internetowych. Członkini Grupy Literackiej „Słowo” przy TMZM im. Wł. Szafera w Mielcu od 2010 r. Jej wiersze trafiły do almanachu „Zanurzeni w słowie” (2011), tomu poezji miast partnerskich „W dalszej i bliższej perspektywie” (Sofern wie nah”) (2011) i „Artefaktów” – Mieleckiego Rocznika Literackiego (2012 , 2013).

Laureatka kilku konkursów poetyckich, także ogólnopolskich. W roku 2013 wydała debiutancki tomik poezji „Gra w zielone”.

 

W roku 2014 została laureatką konkursu literackiego „Na skrzydłach Ikara”, a także zdobyła za swój debiutancki tomik Nagrodę Literacką im. Jarosława Zielińskiego „Złota róża”.

Tomik poezji „Gra w zielone”.  wersja.PDF

 


Justyna

muszę cię zakryć niewidzialna
matko mojego głosu
orędowniczko zdarzeń
odczep się od mojego opętania

nazbyt wisielczy obraz rysuje szatan
na pergaminie mojej duszy
by móc go pokonać byle koniczyną

zasypiam sama na tyle senna
jak kobieta którą łatwo obudzić
jej własnym imieniem

Justyna...
(wszyscy o niej piszą
więc dlaczego nie ja)


ptak i wszystko jasne

tak bardzo chciałabym wyruszyć
pomalowana na zielono w twoją przestrzeń
na dziewiąte piętro wzbić się

niczym uwięziona błąkam się myślami
po starożytnych ulicach prawdziwości
jestem ptakiem

wyczekuj mego głosu
snu poziomkowego

chwyć za strunę kobiecości
nie zabijaj psów i kotów

wyleć przez okno
podaruj mi siebie

podnieś słuchawkę domofonu
jestem ptakiem
wpuść mnie


końcówka końcówki  końca  końców

a ja wciąż jeżdżę wózkiem widłowym
jakbym miała czas
jakby czas miał mnie
jakbyśmy byli gruszą
pod którą płonie cały mój świat
a artystką będę dopiero wtedy
kiedy sprzedam swój obraz
za minimum bezcen

do tego momentu zostanę pielgrzymem
odbuduję świat
i zwiedzę samego Boga w jego grocie
tęczą wymaluję polskie drogi
zaniecham zła.
tak to jest możliwe


list po którym serce spadło

serce moje blisko siedzi w pantofelku
czołga się ufa swemu utylitarnemu biciu
nie prosi o karabin po zepsuciu przez
ciebie swej sukienki
wciąż krew własną szanuje
szacuje bez miary
według niego każdy zasługuje na miłość
robaczek już za samo bycie robaczkiem
i człowiek tchórz morderca wątły
kanciarz tragik święty
nie na samo słowo miłość ale na coś więcej
więcej poza obszar kochania własnej stopy
razów wymierzonych sobie

jestem
bliżej dalej
daleko
sam
nie próbuj mnie zobaczyć
to może się źle skończyć
posłuchaj

Serce


liść

ciągle czekasz na zielone
nadjeżdża
ustąp pierwszeństwa źle pojmowanej
wolności

złam dzieciom żeberka
niech zapłaczą w ciszy

zatańcz ruchem źrenic
obraz ślepej matki
sponiewieranej przez ciemność

spal tę ziemię
do której przykładam wargi
czy cokolwiek zmienię
nie

finezyjnie wyruszam między cienie
by nie pobudzić liści


nie zasypiaj
    Agacie Kaczmarczyk

nie zasypiaj
jeszcze jest noc
zaraz noc nastanie
żyć będziemy

będziemy pić z butelki cierpienie
i włóczyć się
po zapuszczonych kolejach prawdy

wzdłuż torów zakwitną strumienie
słoneczniki mordercy

byle do światła
na następnym dworcu
byle do tańca

ty jeszcze nie zasypiaj
tutaj pośrodku
ty śpiewaj
by dzień się obudził

by niebo się otwarło
by tchu zabrakło
ach jak tu pięknie


przecinek

czekam
zamknięta w więzieniu

tam też bym
czekała
krawędź

do której podchodzę
wie o czym myślę
czekam

na nieoczekiwane
potajemnie scalam się z pustynią
czekam

bojąc się
tam też bym
się bała
ciemnieję

rozcięta padam
na pręty
batem

dostaje mi się
 

 

Daleko

Jestem już daleko
za mną przestrzeń zmysłów
znowu błądzę

Sufit kochany
już mi nie wystarcza
potrzeba czegoś innego
zimna i głodu

Ucieczki z domu
wprost na baobab

Wysoko wysoko
gdzie nie dosięgnie ludzkie oko
i siekiera

Nie zejdę stamtąd
jak kot
jak pies
nie skoczę

Połamię nogi
i co będzie

Żadną już drogą nie dojdę
do wymarzonej
wieczności

 

Stworzenie

Dotknąłeś mnie właśnie Panie
palcem Swej wysokości
ojcowskim spojrzeniem
i kochasz

Odziałeś mnie Panie
w ciepło chudego ciała
sumienie
wolną wolę

Oddałeś mi Panie
na własność ziemie
węgiel
drzewa i dinozaury

A ja zamiast
wysławiać Twe imię
imię ciała sumienia
wolnej woli

A ja zamiast
schowałam się pod łóżkiem
zaszyłam pod ziemią

Przeraziłam się
wielkością swego stworzenia
dojrzałych jabłek
łąk zielonych

Mam jednak przeczucie
że coś się jeszcze wydarzy
że to ja spadnę ze świata
że świat spadnie na mnie
 

Nie zasypiaj
Agacie Kaczmarczyk
Nie zasypiaj
jeszcze jest noc
zaraz noc nastanie
żyć będziemy

Będziemy pić z butelki
cierpienie
i włóczyć się
po zapuszczonych kolejach
prawdy

Wzdłuż torów
zakwitną słoneczniki
krokusy mordercy

Byle do światła
na następnym dworcu
byle do tańca

Ty jeszcze nie zasypiaj
tutaj pośrodku
ty śpiewaj
by dzień się obudził

By niebo się otwarło
by tchu zabrakło
ach jak tu pięknie


Halina Liberadzka Kozak – aktualna emerytka. Urodziła się w Tarnowskich Górach 3. kwietnia 1951 roku.
Po kilku latach, przeniosła się wraz z rodzicami do Mielca, by zamieszkać tu na stałe. Otrzymała gruntowne wykształcenie, do pracy instruktorskiej z amatorami. Największe osiągnięcia, uzyskała w tańcu nowoczesnym. Choroba, przerwała jej karierę zawodową. Do tego czasu, została zauważona przez wojewodę rzeszowskiego, który nagrodził jej wysiłek oraz zaangażowanie, nadając  jej tytuł „Zasłużony dla województwa rzeszowskiego, na niwie kulturalno – oświatowej (1983).

Od ośmiu lat pisze prozę. W  2015 roku opublikowała fragment „Ten jedyny” w „Mieleckim Roczniku Literacko – Kulturalnym Artefakty”. Powieść ta, to prawdziwy wyciskacz łez. Jej twórczość często zaklęta jest w słowie: „Taniec”, „Śpiew”, „Muzyka”. Tak powstały utwory: „Rozmowa, której zabrakło”, „Taniec na śnieżnej górze”, „Oblicza podwójnego duetu”, „Walka o zieloną sprawę”, „W objęciach pasji I i II cz”.
Inspiruje się również przedmiotami użytku codziennego, które przybierają formy fantastyczne, na bazie których powstało opowiadanie „Tajemniczy rower”, „Biżuteria prababci Adeli”, „Czipownik”.

Od trzech lat pisze bloga, na którym publikowała dotąd swoje utwory, aktualnie wystawia tam już swoje wydane książki elektroniczne w formie Ibuków. Wszystkich zainteresowanych zaprasza do przeczytania INSTRUKCJI WYDAWNICZEJ i dołączenie do niej na portalu self pubisher, ze swoimi Ibukami. Adres bloga: kalina034.blogspot.co



Taniec na śnieżnej górze

Uf… uf… uf…
Wydawała odgłosy lokomotywa na stacji z przybyłego pociągu osobowego.
Z drzwi wagonu gramoli się młoda dziewczyna z bagażami. W ręku trzyma walizkę i siatkę z pakunkami, a na ramieniu gustowną torebkę konduktorkę.
Stanęła na prowizorycznym peronie.
Dookoła biało.
Śnieg pokrywa całą połać ziemi.
Popatrzyła w stronę małego budynku, na którym widniał obskurny napis - Zawitowo.
- No to jestem na miejscu - powiedziała półgłosem kobieta.
- Co za miejsce?
- Czy to naprawdę tutaj to szkolenie instruktorów?
- Gdzie my tu będziemy ćwiczyć? W takiej miejscowości może być jakaś sala do ćwiczeń? – zadawała sobie pytania dziewczyna.
- Muszę kogoś zapytać o adres – pomyślała.
Wygrzebała z torebki pismo z Federacji Tanecznej zawiadamiające o szkoleniu.
- Ulica L. Zawady 1 – przeczytała z kartki i zaczęła rozglądać się w około.
Grupa osób, która wysiadła z ostatniego wagonu gdzieś się zapadła pod ziemię.
- Co ja zrobię? Trzeba zaczepić kogoś miejscowego, ale nie widzę tu nikogo – mówiła do siebie.
- Jakaś długa ulica asfaltowa, a przy niej niewiele domków prywatnych, ni to miasteczko ni to wieś?
Zaczęła rozglądać się baczne.
- Nawet nie widzę kościoła. Co to za miejsce?
Nagle…
- Jest! Widzę napis - Sklep.
- Pójdę tam, może się coś dowiem?
Wzięła w rękę walizkę i siatkę i idzie. Mróz trzaskający, ubity śnieg na drodze, ślizga się, ciężko jej iść w kozakach na szpilkach. Z wielkim trudem doszła do celu, choć wszystko miała w zasięgu oka, bo droga do pokonania była spora. Ręce też jej zamarzły, ciężko dźwigać bagaże.
- Żeby tu były taksówki?- marzyła sobie dziewczyna.
Weszła do sklepu. Wokoło miszmasz, wszystko co można sobie wyobrazić na wsi do kupienia.
- Co panienka sobie życzy?- usłyszała dziewczyna zza lady.
- Proszę pani, ja jestem przyjezdna,  chciałam zapytać o adres – powiedziała zmarznięta panienka wycierając nos koronkową chusteczką,  tymczasem drugą podała sprzedawczyni karteczkę.
Kobieta rzuciła wzrokiem na adres i odpowiedziała:
- Zawady jeden to jest na górze. Pójdzie pani w lewo potem przejdzie przez mostek, a następnie skręci w prawo i dalej cały czas prosto. To tylko jedna droga. Dalej już się pani nie zgubi.
Anetka, bo tak miała na imię przyjezdna podziękowała grzecznie pani, zamknęła drzwi sklepu i udała się w drogę.
Gdy wyszła jednak ze sklepu i skręciła w lewo, spotkała starszego pana, który bacznie się jej przyglądał. Dziewczyna bez przerwy pocierała ręce z zimna. Choć miała włożone rękawiczki mróz dawał się jej ostro we znaki. Dochodząc bliżej do napotkanego, zapytała:
- Czy nie wie pan gdzie jest ulica zawady jeden?
- Ano tu – odpowiedział starszy pan i obrócił się w tył, a następnie wyciągnąwszy rękę w górę wskazał na szczyt góry.
Aneta spojrzała zdziwiona, że dotąd nie zauważyła jej. Była zasłonięta wysokimi drzewami przydrożnymi. Dopiero jak przeszła kawałek, odsłonił się jej widok. Góra, cała zasypana śniegiem, nie widać było na niej żadnych drzew. Na szczycie ujrzała jakieś zabudowania. Od zabudowań w dół prowadziła szeroka droga, ale tak stroma, że dziewczyna na chwilę zaniemówiła.
To jest ta droga? – spytała z niedowierzaniem.
- Nie, jest inna, ale tędy najkrócej.
- Hm, jak tam dojść niech mi pan powie.
- Normalnie.
Aneta spojrzała jeszcze raz, słońce chyliło się ku zachodowi.
- Za chwilę zastanie mnie ciemność - pomyślała.
- Co wtedy zrobię?
Przed nocą muszę tam wejść.
Postawiła pierwsze kroki idąc pod górę.
Na nogach miała kozaczki na szpilkach, obcasy wbijały się w ubity śnieg.
- Co to za droga? Kto tędy chodzi? – rozmyślała.
Droga szerokości około czterech metrów, była ubita do samego szczytu.
Stawiając kolejne kroki próbowała przesuwać się na bok ścieżki, gdzie podłoże było bardziej miękkie, pewno mniej uczęszczane. Chwilami czuła, że lepiej jej  jest pokonywać drogę na poboczu.
Dziewczyna wytrwale szła, w ręku dźwigała walizkę, siatkę i torebkę na ramieniu. Pokonując parę metrów stawała i odpoczywała.
Czas mijał.
Spojrzała w dół.
Była już na wysokości trzeciego piętra.
W dole spostrzegła jakąś postać, która podobnie jak ona wdrapuje się intensywnie do góry.
Po jakimś czasie zaczęła już doganiać ją. Podobnie jak Aneta dźwigała spory bagaż. Obie odpoczywały od czasu do czasu, spoglądając na siebie z ukosa.
Nieznajoma przerwała milczenie:
- Czy ty też na szkolenie instruktorów? –zapytała z tupetem dziewczyna.
Aneta spojrzała zmęczona na nią.
- Tak, ale ja chyba tam nie dojdę! – krzyknęła.
Zmęczona i głodna dziewczyna postanowiła zrobić sobie dłuższy przystanek. Wyciągnęła z siatki kanapki i termos i zaczęła się pożywiać, a jej koleżanka, wyciągnęła swoje zapasy. Obie wsparły się na walizkach i jadły.
Po chwili ponowiły zdobywanie szczytu. Idąc rozmawiały i żartowały sobie, gdy czasami traciły już osiągniętą wysokość i ześlizgiwały się w dół. Nagle ni stąd ni zowąd dochodzi do nich młody mężczyzna, który również postanowił zdobyć jeszcze dzisiaj szczyt śnieżnej góry.
- Dziewczyny! Czy wy też na szkolenie instruktorów tańca? – spytał głośno chłopak.
- Tak! - krzyknęły naraz dziewczęta i odwracając się w tył do niego upuściły bagaże.
Walizki zsunęły się w dół po ubitym śniegu. Koleżanka Anety zeszła parę metrów i zabrała zgubę. Aneta wpadła w popłoch. Zaczęła płakać i złościć się wykrzykując brzydkie słowa. Była zmęczona i zmarznięta, gdyby miała pokonać jeszcze raz tę samą drogę, nie dałaby już rady. Chłopak zaczął uspakajać dziewczynę słowami. Po chwili namysłu powiedział:
- Nie martw się. Trzymaj tu moją walizkę, a ja twoją przyniosę z dołu – powiedział mężczyzna patrząc na walizkę dziewczyny, która zatrzymała się jakieś dwa piętra od dołu.
- Ciągnij moją walizkę na kółkach i idź do góry, już blisko.
- Popatrz! To tylko wysokość dwóch pięter, dojdziesz. Ja cię znajdę w budynku i przyniosę ci bagaż. Powiedz tylko jak się nazywasz?
- Aneta Stala – odparła zapłakana dziewczyna.
- No to czekaj!
Chłopak stanął na środku śnieżnej drogi, po czym na butach ześlizgnął się w dół jak na nartach.
Tymczasem dziewczyny pomału docierały do celu.
W końcu stanęły na szczycie.
Był już zmrok.
Światła oświetlały obiekt na zewnątrz.
Zdobywczynie góry weszły do środka.
W dużym mrocznym holu, podświetlonym tylko małą lampą nocną na biurku, siedziała młoda kobieta witając z dala zmarznięte i zmęczone dziewczęta.
- Panie zapewne na szkolenie instruktorów tańca z Krakowa?
Proszę się na razie rozgościć tutaj, zaraz zawołam waszą przedstawicielkę, to załatwi z paniami sprawy formalne.
Obie dziewczyny usiadły na wygodnej wersalce, których kilka stało w koło pomieszczenia.
- Wreszcie koniec tego marszu, mam nadzieje, że się do jutra dobrze wyśpimy i odpoczniemy po dzisiejszych trudach – powiedziała Aneta.
- Mam nadzieję - odpowiedziała druga.
- A właściwie to nie przedstawiłam się jestem Dorota z Nowego Sącza, a ty?
- Ja Aneta z Tarnobrzega.
- Może zamieszkamy w jednym pokoju? Co?
- Fajnie by było, bo już się znamy…
Sekretarka federacji zeszła szybko z pokoju.
- A! Anetka i Dorotka! Witam! A dlaczego dopiero teraz? Ostatni pociąg przyjechał już dawno…
- O, jej tak długo wchodziłyśmy pod tą górę – odpowiedziała Dorota.
- Jak to? – zdziwiła się sekretarka.
- Na stacji był podstawiony dla was samochód, kilka osób przyjechało.
- No, jakoś my nie trafiłyśmy.
- Najpierw, zwiedziłam całą okolicę, a potem mężczyzna kazał mi iść pod górę. Powiedział, że to najkrótsza droga - odrzekła Aneta.
-Ja też spotkałam tego pana, mnie też tak wysłał – dodała Dorota.
- Na górę prowadzi specjalna droga. Nawet była celowo odśnieżona – odezwała się recepcjonistka.
- Ale cóż, ważne, że dotarłyście panie do celu – skwitowała.
Pani Zosia szybko załatwiła formalności: odnalazła ich nazwiska na liście i pobrała opłaty za udział w kursie.
Recepcjonistka zabrała dowody do meldunku i przydzielając pokój dwu osobowy podała klucz.
Już po chwili obie dziewczyny rozebrały się z kożuchów i padły zmęczone na wygodne kanapy.
Odpoczywały.
Dorota zerwała się i włączyła radio. Spiker regionalnej stacji zapowiadał pogodę.
- Nad całym regionem górskim śnieżyce. Uwaga drogowcy…
- O jej mróz i śnieżyce! – krzyknęła Dorota.
- Żeby nas tu nie zasypało przypadkiem – dodała Aneta.
- To by dopiero było? Ja mam wyjazd z zespołem na koncert – powiedziała przerażona Dorota.
- Zawiodę na całej linii…
Zdobywczynie szczytu śnieżnej góry już odtajały z mrozu. Dorota wzięła się do rozpakowywania ciuchów. Miały tu zostać trzy dni.
Wtem, rozległo się pukanie do drzwi.
- Chwileczkę! - krzyknęła Dorota, która w pośpiechu wkładała na siebie wygodną podomkę długą do ziemi z flanelowego bordowego materiału obszytą żółtymi satynowymi wyłogami.
Ktoś powtórzył pukanie.
- Proszę wejść.
W drzwiach ukazała się zamarznięta postać trzeciego zdobywcy śnieżnej góry.
- Przyniosłem Anetce walizkę – oznajmił chłopak.
- Mam dość – powiedział poczym zakręcił się dookoła siebie i strzelił się na wolną kanapę.
Zaczął mocno dyszeć.
- Co ja za to dostanę? – powiedział mężczyzna.
- Coś się pomyśli – odrzekła Aneta i pochylając się nad nim pocałowała go w policzek.
- O jak dobrze! – wzdychał rozanielony - o której godzinie mamy pierwsze zajęcia?
- Pisze, że o 7: 30 śniadanie, a potem ćwiczenia – oznajmiła Dorota.
- Przepraszam was dziewczyny, nie przedstawiłem się, jestem Kamil z Wrocławia. Też należę do tych młodych – powiedział chłopak i zrywając się szybko z kanapy ukłonił się.
- Jutro zobaczymy pewno całą śmietankę tanecznego świata instruktorów w Polsce – powiedział Kamil.
- Nie napisali, kto będzie prowadził zajęcia – dodała Dorota.
- Ja bym chciała żeby prof. W. Jeszcze go nie znam – odezwała się Aneta.
- Jest taka fajna pani z Olsztyna świetnie uczy!
- Wiecie, co? To wszystko sławy, kto by nie był i tak im nie dorównamy…
- Na razie… - dodał z przekąsem Kamil.
- Kto wie? Może ty Kamil szybko się wybijesz jesteś operatywny, sam dałeś dowód.
- Nie schlebiajcie mi tak, a teraz powiedzcie, co dzisiaj robimy? Przecież nie pójdziemy jeszcze spać?
- Oczywiście…
- Na razie zaniosę swój bagaż do pokoju i zorientuję się, kto z młodych jeszcze przyjechał…
- Dobra czekamy…
Dziewczęta z Kamilem otwarły drzwi do pokoju, w którym mieszkały dwie młode instruktorki.
- Wow! Anka i Krystyna! – Wykrzyknęła zaskoczona widokiem Aneta.
- Kiedy przyjechałaś? - zagadnęła Krystyna - nie było cię w samochodzie, jak się tutaj znalazłaś?
- To długa historia – odpowiedziała Aneta - jak tu widzisz cała nasza trójka: Dorota Kamil i ja wspólnie zdobyliśmy śnieżną górę, wchodząc po drodze zjazdowej dla narciarzy.
- A co to za pomysł?
- Wszystkich nas wysłał jeden facet, który cały czas stoi u podnóża.
- A to was wkręcił! Ha, ha, ha – śmiały się dziewczęta.
- My przyjechałyśmy samochodem.
- Wiecie, jesteśmy tak zmęczone tą wspinaczką, że idziemy zaraz spać, bo jutro nie wstaniemy.
Dziewczęta porozmawiały jeszcze chwilę i Kamil odprowadził je do pokoju.
Rano wszyscy spotkali się przepisowo na wspólnym śniadaniu. Kelnerzy przygotowali cztero osobowe stoliki. Drzwi do restauracji były pośrodku. Z lewej strony siedzieli już goście.
-Ten drobny pan to prof. W… – powiedział Kamil do dziewcząt.
- A ta młoda pani to, kto? Żona czy córka?- zapytała Dorota.
- Nie wgłębiajcie się w to. To jego asystentka.
- Ten starszy człowiek tańczy? W tym wieku to chyba już nie można – zadawała sobie pytania Aneta.
- Jeszcze ci oczy zbieleją jak zobaczysz.
Dziewczęta i chłopcy elegancko zajęli miejsca przy stolikach. Śniadanie było wypasione, można było znaleźć na stole właściwie, co kto chciał. Gdy wszyscy zakończyli jedzenie, sekretarka zaprosiła uczestników na salę obok, gdzie rozpoczęły się wspólne ćwiczenia.
Prof. W… rozpoczął lekcje.
Najpierw krótki wstęp wprowadzający.
Grupa stała naprzeciwko i słuchała.
Mężczyzna puścił muzykę i zrobił mały pokaz tego, co będzie uczył, a co aktualnie tańczy się na zachodzie.
Zaprezentował ”Hustle” tańczone w parach.
Gdy ten starszy pan, ożywił swoje ciało ruchem tanecznym, Aneta i Dorota były zaskoczone, iż w tym wieku tak można tańczyć. Mężczyzna palcami akcentował pierwsze dwa ruchy stawiając następnie kroki w miejscu przenosząc w specyficzny sposób ciężar ciała. Tańczył to z taką gracją i elegancją, a zarazem był to ruch tak młodzieżowy, że tematy, które później uczył zawładnęły wszystkimi uczestnikami szkolenia. Ćwiczenia trwały do obiadu. Po obiedzie pałeczkę wykładowcy przejęła kobieta, która często wyjeżdżała ze swoimi parami do Niemiec. Pochwaliła się tańcami dyskotekowymi. Po kolacji rozpoczął się taniec dowolny, w których brał udział, kto chciał. Koledzy instruktorzy starsi dyskutowali miedzy sobą nad sprawami techniki turniejowej, gdyż to był największy problem instruktorów. Polska była spóźniona ok. 30 lat od krajów zachodnich w dziedzinie tańca towarzyskiego. Nie było polskich książek o tańcu towarzyskim Jedyna dostępna na rynku, to „Tańczyć może każdy” Mariana Wieczystego. Młodzi instruktorzy podpatrywali, co mogli, skrzętnie zapisując w zeszytach. Aneta i Dorota znalazły sobie partnerów. Aneta tańczyła z Kamilem a Dorotka spodobała się Markowi wysokiemu panu, który oprócz tańca zajmował się śpiewaniem.
Przez dwa dni nasi bohaterowie zacięcie ćwiczyli i zapisywali uwagi starszych instruktorów, a w porach posiłków oraz późnymi wieczorami prowadzili ważne rozmowy towarzyskie, które często wpływały na ich późniejsze kontakty zawodowe.
Nadeszła środa. Nasi młodzi instruktorzy tańca spotkali się właśnie na śniadaniu. Za oknem padał śnieg. Opadające wielkie płatki nieubłagalnie sięgały coraz wyżej szyby. Wszyscy z niepokojem obserwowali, lecz nikt nie odważył się skomentować. Żaden z uczestników nie dopuszczał złych myśli.
Ten ostatni dzień ćwiczeń był nerwowy, wzrok tancerzy jak i nauczycieli skupiony był na obserwacji pogody. Po dwóch godzinach zajęć, zerwał się wiatr który ogromnie świszczał zawiewając coraz większe zwały śniegu pod okna sali tanecznej. Zabudowa dwóch budynków na górze była tylko parterowa, można było obawiać się zagrożenia które zresztą narastało z każdą chwilą. Tancerze z trudem wytrwali do obiadu. Gdy zebrali się już wszyscy uczestnicy kursu, do sali restauracyjnej wszedł kierownik obiektu i powiedział.
- Proszę państwa chciałem zawiadomić, iż właśnie zostały zerwane linie telefoniczne, a śnieg zasypał drogę, jesteśmy odcięci od świata.
W restauracji zrobił się ruch, ludzie nagle przestali konsumować posiłek. Przy każdym stole nastała nerwowa atmosfera,  wymieniających się obawami.
- Proszę się jednak bardzo nie martwić, jesteśmy na taką okoliczność przygotowani, włączyliśmy już agregat i prąd będzie, tylko nie działa nasz telefon, są zerwane linie.
- Ale co będziemy jeść? - odezwał się kierownik szkolenia.
- Mamy zapasy na 50 osób na tydzień w spiżarniach. Myślę, że zagrożenie do tej pory minie.
- A chleb? – zapytał ktoś z sali.
- Chleb się upiecze – dodał mężczyzna.
Wiadomość kierownika obiektu była szokująca, a zarazem częściowo uspakajała wszystkich, którzy błagalnym wzrokiem błądzili po oknach, za którymi każda chwila zmieniała sytuację.
Zajęcia taneczne były trudne, nauczycielka prowadząca lekcje starała się jak mogła, lecz jej atrakcyjne tańce dyskotekowe nie wzbudzały zainteresowania takiego jak powinny, głowy wszystkich zajmowały teraz inne myśli.
Ponieważ program szkolenia dobiegł końca szef federacji zarządził tańce indywidualne. Uczestnicy szkolenia zebrali się w świetlicy, gdyż nie można było wyjść z budynku i tak sobie iść do pociągu. Między częścią hotelową a restauracyjną było ok. 30 metrów odległości, na której to przekopany został przez obsługę lokalu tunel, osoby przemieszczające się widziały tylko głowy zza zwałów śniegu.
Muzyka wciąż grała.
Uczestnicy wspólnych ćwiczeń, wykruszali się po trochu wracając do swych pokoi.
Gdy Kamil objął partnerkę w sposób nieprzepisowy w tańcu, Aneta zorientowała się, iż zostali już sami na sali.
Chłopak przytulił dziewczynę do siebie by kontynuować taniec.
- To nasz pierwszy taniec w intymnej atmosferze – powiedział mężczyzna unosząc ręką brodę dziewczyny, chcąc spojrzeć jej prosto w oczy.
Aneta zmieszała się, ale po chwili z tupetem powiedziała.
- Taniec na śnieżnej górze!
- A na śnieżnej, żebyś wiedziała! – potwierdził Kamil.
- Właściwie gdyby nie śnieg, już by tu nas nie było dawno.
- Ja się bardzo cieszę, mamy okazję lepiej się poznać - powiedział chłopak.
- Nie wiem, co masz na myśli?
- Nic takiego, chcę tylko dostać słodkiego całusa.
Aneta uśmiechnęła się i zmieniając nastrój, cmoknęła chłopaka w policzek.
- No, ale nie tak! – odezwał się zawiedziony młodzieniec, który chwycił dziewczynę w pół i zdecydował się zaryzykować namiętny pocałunek.
Dziewczyna wyrwała się z uścisku.
- Co ja robię, przecież to nie tak?
- Co nie tak? Jesteś moją dziewczyną! Nie czujesz tego?
- Tak?- spytała Anetka uśmiechając się słodko do chłopaka.
- Tak! - potwierdził stanowczo Kamil.
Muzyka ucichła.
Wokół idealna cisza.
Aneta i Kamil objęci razem stali patrząc na siebie. Spojrzenia ich sięgały głęboko w oczy, jakby oboje szukali w nich nadziei na wielką miłość.
Z głośników popłynęła nastrojowa muzyka, niekoniecznie do ćwiczeń, ale po to by ci młodzi w uścisku mogli jeszcze pokręcić się na parkiecie. Trwało by to nieskończenie, lecz nagle …
Pstryk!
Zgasło światło...
Awaria w całym obiekcie.
Dziewczyna zerwała się w popłochu.
- Nie bój się! – powiedział chłopak, jakoś dojdziemy do recepcji, przecież świetlica jest tuż obok.
Kamil chwycił dziewczynę za rękę, a sam wyciągnął drugą przed siebie by dotrzeć tak do najbliższej ściany. Chłopak wydedukował, że jak będzie trzymał się ściany i przesuwał wzdłuż niej, wcześniej czy później natrafi na drzwi wyjściowe, którymi dostanie się do holu gdzie jest recepcja. Po dłuższej chwili udało mu się opuścić pomieszczenie.
- Czy ktoś tu jest? – pytał już z dala.
- Skąd pan idzie? – odezwała się recepcjonistka.
- Ze świetlicy! – odpowiedział mężczyzna.
- Chyba coś się stało, dam panu świeczkę i niech pan idzie do pokoju – dodała kobieta podając ją Kamilowi, gdy druga już płonęła na jej biurku.
Para ubrała w szatni wierzchnie okrycie i z zapalonym kagankiem poszła ścieżką do części hotelowej. Po 20 minutach awaria została usunięta.
Noc była tragiczna.
Na dworze szalała zamieć, bezustannie zasypując przekopany tunel.
Mężczyźni raz po raz wyglądali za drzwi wejściowe do budynku.
Obsługa na bieżąco odkopywała tunel poszerzając przejście. Gdyby nie robili tego całą noc, rano pewno nie można by było otworzyć drzwi.
Uczestnicy szkolenia, zebrali się w kilku pokojach i rozprawiali nad tym, co dalej. W pokoju organizatorów szkolenia, trwała dyskusja: jak zająć ludzi by nie wybuchła panika, kto ewentualnie będzie prowadził wykłady, czy są na to fundusze, oraz kto zapłaci za dodatkowe koszty spowodowane nieprzewidzianymi okolicznościami.
Problemów było wiele.
W pokoju, w którym zebrali się nasi bohaterowie panował ponury nastrój, dziewczęta martwiły się najwięcej o to, że nie będą mogły wywiązać się z planowanych występów zespołów lub udziału w turniejach tańca.
Nagle, usłyszano świst wiejącego wiatru, który przyniósł z sobą nowy śnieg na szyby okienne.
Kamil i Marek zaczęli fantazjować.
- Jutro to nas już nie będzie widać! Zasypie oba budynki po dach - powiedział Kamil.
- A ja bym tak chciał, żeby ktoś wysłał tu na górę po nas helikopter i wyciągnął na linach – odezwał się Marek.
- Coś ty, kto by tyle ludzi wyciągał to nie powódź – powiedziała Dorota.
- Najwyżej by nam z rzucili żywność i ciepłe ubrania – dodał Kamil.
- Co wy mówicie? – spytała Aneta.
- Jak to, co? To wszystko realne – odezwał się naładowany emocjami Marek.
Nie straszcie mnie powiedziała Aneta ja nie dam się wciągać liną na pokład helikoptera, a w ogóle zmieńcie temat.
- Jak mam zmienić temat to powiem wam dziewczyny, możecie się tylko pomodlić, bo i tak nic innego nam nie pozostało – wymyślił chłopak Doroty.
Oczy Anety zaszły łzami, dziewczyna zaczęła szlochać.
- No, nie bój się - powiedział Kamil i objął dziewczynę swoim męskim ramieniem, dając jej trochę bezpieczeństwa. To tylko żarty, takiej śmietance towarzyskiej nic się nie może stać.
Na stoliku stała gorąca kawa i talerz ze słodkościami przyniesiony z kolacji.
Na dwóch fotelach Dorota i Aneta siedziały wraz ze swoimi partnerami, pocieszając się wzajemnie do późnej nocy.
Kiedy chłopaki poszły do swojego pokoju dziewczęta wpadły na pomysł by naprawdę pomodlić się w intencji dobrej pogody? Uklękły w koszulach nocnych na podłodze i zaczęły mówić:
- Zdrowaś Mario…
Rano przywitało wszystkich piękne słońce, które dawało nadzieję na poprawę pogody. W godzinach dopołudniowych temperatura poszła wysoko w górę i hałdy śniegu natychmiast topiły się, tak, że popołudniu było już znośnie.
Następnego dnia w godzinach rannych planowany był wyjazd autobusem na stację kolejową, a stamtąd do domów.
W piątek temperatura utrzymywała się dalej wysoko, a słońce świeciło od rana, zwały śniegu na przejściach opadały w dół w mgnieniu oka pozostawiając po sobie kałuże. Wóz do odśnieżania mógł już przejechać na dół góry, przecierając drogę. Transport na stację odjechał o 9: 45, wsiedli wszyscy, a wraz z nimi nasi bohaterowie.
Autobus hotelowy jechał bardzo wolno, droga była śliska.
Aneta siedziała obok Kamila, serce waliło jej jak młot nie wiedziała, co ma powiedzieć, jeszcze chwila a chłopak odjedzie a z nim jej piękne wspomnienia. Dziewczyna krępowała się powiedzieć by Kamil dał jej adres, a sama nie śmiała. Siedzieli oboje w milczeniu, Aneta nie wiedziała co to znaczy, po chwili wysiedli razem z wszystkimi.
Kamil chwycił za ręce swoją partnerkę, chciał jej coś powiedzieć, lecz zawahał się.
Popatrzyli na siebie trwając tak w zamyśleniu.
W pewnej chwili wyjął z kieszeni małą karteczkę ze swoim adresem i wręczył jej.
Cmoknął ją w usta na pożegnanie i wsiadł do autobusu, którym pojechał do pobliskiego miasta, a stamtąd z przesiadką na inny do domu.
Przyjedź do mnie! – wykrzykiwał chłopak.
Pamiętaj! Zatrzymasz się u mnie! – dodał.
Kierowca włączył silnik, autobus ruszył z miejsca.
Gdy się oddalał, mężczyzna kiwał ręką przez szybę, dziewczyna patrzyła w dal, oczy - miała pełne łez.

Koniec

Please publish modules in offcanvas position.