Talarek Andrzej

Andrzej Talarek
Andrzej Talarek, poeta z Mielca, urodzony 15 kutego 1951 roku w Przygórzu koło Nowej Rudy, od 61 lat mielczanin. Z wykształcenia inżynier automatyk. Budował w swoim czasie i buduje na swój sposób miasto, w którym mieszka i fabryki, w których przyszło mu pracować, kiedyś Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego, obecnie firmę produkującą elektronikę. Po polskiej rewolucji 1989 roku pracował wiele lat w Agencji Rozwoju Przemysłu, w której współkierował Tarnobrzeską Specjalną Strefą Ekonomiczną Euro - Park Wisłosan. Odpowiadał tam za lokowanie - w różnych miastach Polski - nowych inwestycji, ułatwianie rozpoczęcia działalności inwestorom, a także za budowę nowych hal na wynajem. Pisać zaczął ponad pięć lat temu, jednocześnie felietony do mieleckich gazet a potem portali i wiersze. Nie posiadając formalnego wykształcenia humanistycznego bardzo dużo czytał, szczególnie wierszy różnych poetów, ucząc się jednocześnie trudnej sztuki pisania poezji. Jak mówi, ulegał co rusz kolejnym fascynacjom kolejnymi poetami i próbował ich naśladować. Zaczął – jak mówi ze śmiechem – prawie od bluźnierstwa, kiedy na początku swojej twórczości poetyckiej napisał kilka parafraz Horacego. Bo jak brać wzorce, to od najlepszych, jak spadać, to z wysokiego stołka. Potem byli i Gałczyński, i Rimbaud, i Leśmian, i Garcia Lorka, i Przyboś, i Szymborska, i Barańczak, i wielu innych. Za swojego Mistrza uważa Herberta, a aktualnie zafascynowany jest portugalskim poetą Fernando Pessoą.

Czy fascynacje tą różnoraką poezją przełożyły się na wykształcenie się własnego języka poetyckiego, czytelnik może osądzić sam, czytając ostatnio wydany w 2012 roku tomik Andrzeja Talarka „Szukając domu. Wiersze wędrujące”. Prawie sto wierszy z tego tomiku to poetycka podróż przez czasy i style poetyckie, ale sprowadzona ostatecznie do formy, będącej oryginalnym językiem i myślą Andrzeja Talarka. W 2010 roku poeta zadebiutował tomikiem wierszy, zatytułowanym „Antymateria”. Obecny we wszystkich wydawnictwach zbiorowych Grupy Literackiej „Słowo” w Mielcu: „Z podróży na wyspy słowa” (2007), „W rytmie słowa” (2009), „W dalszej i bliższej perspektywie” („Sof er wie nah”) i „Zanurzeni w słowie” (obydwie pozycje z 2011 roku). Jego pisanie, uprawiane w czasie wolnym od codziennych, wyczerpujących zajęć zawodowych, traktowane jako terapię na swoje smutki, stresy, niepokoje, jest jednocześnie wyzwaniem rzucanym dzisiejszym czasom, które – jego zdaniem – kierują europejską cywilizację do upadku moralnego i materialnego, które wysysają tak z państwa jak i narodu polskiego resztki ducha polskości. Charakter brutalnego wyzwania, policzka wymierzonego naszym czasom i ich ludziom, będzie miał trzeci jego tomik wierszy, „Dies irae? Wiersze niepolityczne”, który właśnie został wydrukowany. Autor krzyczy wielkim głosem na nasze czasy, na żyjących tu i teraz ludzi, ostrzega przed najgorszym, przed stoczeniem się w katastrofę, często prawie opluwa czytelnika swoimi brutalnymi wersami. Czy ma rację? Czy nasze czasy zasługują na takie słowa? Czy autor nie przekracza  granicy dobrego smaku? Czy stawianie się autora tego tomu wierszy prawie w gronie biblijnych proroków nie jest wyrazem jego megalomanii? Czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam. Jak też samodzielnie musi wyciągnąć ewentualne nauki i przestrogi płynące z tych wierszy.

strona internetowa: http://felieton.blog.onet.pl

Artykuły:

Trzy pokolenia – sztuka jako część życia
Promocja tomiku poezji " DIES IRAE?" w Stalowej Woli


Andrzej Talarek "Artefakty" Przekaz, Mielec 10.01.2015

link do filmu: http://youtu.be/vvucMmNe6A4
Nagranie wideo: Zbigniew Wicherski


Wiersze z tomiku „Szukając domu. Wiersze wędrujące”.

Żółta róża

drzewa w żółcie w czerwienie stroją się na starość
fałszując piękno wiosny która już nie wróci
w złudzie trwając przez chwilę że czas się odwróci
nim zima dni ostatnie spowije w swą szarość

w sadzie wśród melancholii uwiędłych badyli
między przygniłe deszczem zielniki pachnące
wykwitła żółta róża księżniczka po łące
korowód wiedzie świata który w nic się chyli

wiją się barwy wokół na wiatr nanizane
jak chorągwie w orszaku tej infantki słońca
której nie da korony czas zimą strwożony

ale w pamięć dziewczęcą ją wpiszą zebrane
w kartki zeszytu płatki marzenia różane
jak ucieczka od czasu który nie ma końca


Dom niespokojnej starości

W dzieciństwie cierpiałem na adehade
chociaż nikt o tym nie wiedział bo nie znano tak wielu rzeczy
i spraw
jakby ówczesna dorosłość była dzisiejszym niemowlęctwem
któremu w wieku zaawansowanym wkładano tetrowe pieluchy
zamiast pampersów i śmierć była śmierdząca

nie sikałem już w majtki a nocami marzyłem o kobietach które przyjdą
by mnie wyzwolić z niepotrzebnej niewinności i o sławie która mieszkała
naprzeciwko na wyciągnięcie ręki

kiedy nie spotkałem wyzwolonych kobiet ani sława nie przybyła
bym się mógł nią nacieszyć za życia pozostało czekać na starość
jestem niecierpliwy i przebieram nogami w miejscu nie mogąc
doczekać choć niewątpliwie nadejdzie ona jedna

przygotowałem dom na wspólne życie nie wiem czy się jej spodoba
nie ma w nim jednej stałej rzeczy nawet fundament jest usypany
w piaskach ziarnko po ziarnku drzwi dzielą znane od nieznanego
krany podnoszą wodę a okna wyrzucają na zewnątrz obrazy pokoi
po których błąkają się myśli bezdomne przybłędy pól myszowatych
gdzie włosy stoją jak dęby a liśćmi dębowymi
ozdobiony jest portret dziadka z austriackiej armii

kiedy zamieszkam ze swoją starością nie zaznam spokoju
telewizyjnych ukojeń będę szukał zakopanych w dzieciństwie
talentów by je pomnożyć przed śmiercią i iść do Boga
z dłońmi pełnymi

 

Jesteś

Ranek absolutnie niekosmiczny w swoich wcieleniach
zwielokrotniony w kuliste światy kropel rosy
łzawość traw i ślimak pełzający w poprzek ścieżki
dzielą wielkości nieskończone przez liczby najpierwsze
pozostają w wyniku maleńkie kroczki ludzi

pomiędzy trawami przemykają jagnięta
jak uśmiechy losu trawy delikatnie łaskocą
rozśmieszają choroby by umarły w konwulsjach
wiara jest najlepszym lekarstwem dawanym za wiarę
uśmiech w uncjach podarunek od Ciebie na lato

gdy winne grona powoli zamieniają się w wino
a pszeniczne ziarna dorastają do chleba
otwarte dłonie zbierają krople wody skapujące
z czoła nieba wielkiego obrazu w domu babci

Bezimienny od zawsze chronisz małe
psiaka niedołężnego starca i mnie zapomnianego
Bezimienny bywasz do chwili szeptu modlitwy
wtedy imię Twoje jak grom
jesteś

Please publish modules in offcanvas position.